Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Smętnik Codzienny

piątek, 07 września 2007

Ten tydzień to nie jest powód do dumy. Próba przejęcia posadki administratora, nie powiodła się. Co za tym idzie , nie mam za co się przeprowadzić do Tego pokoju. Natomiast Taka Jedna czasu nie ma i mieć nie będzie, co również jest pewnym problemem. Tygodnia nie uratowała środa - padający deszcz pokrzyżował moje niecne plany, których efekty kiedyś opiszę, gdy już je zrealizuję, a dziś natomiast ,dziś - zmuszony jestem myśleć o zgubionym indeksie, bo fantastyczna okazja do napicia się śmignęła tuż pod nosem. Więc po staremu. - siedzę samemu.

Skoro już ostatnio tyle marudzę, to nie bez przyczyny. Znów liczę , że stracę do tego na jakiś czas serce - co więcej , sumienne narzekanie, częstwo pomaga, bo problemy znudzone nim odchodzą.... a w ogóle, Szopen ,gdyby żył , toby pił.

I znów obrazek. Świetny jest.

 

 

(nie , to nie jest jesienna depresja. jesień uwielbiam.o.)

czwartek, 30 sierpnia 2007

Dawno dawno temu , lecz nie dalej jak na granicy świadomości - byłem sobie na studiach. Przez te dwa miesiące, od kiedy mam przerwę na praktyki, śpię spokojnie, ręce się nie trzęsą z nerwów, znikła chęć mordu - ogólnie rzecz biorąc, w stosunku do ostatnich czterech lat - jest mi nadwyraz nienormalnie. Momentami nawet wraca chęć do życia i nie krzyczę po nocach. Coby ukrócić powyższy przesadyzm, przechodzę do meritum.

Nie ważne jak się w życiu układa - układa się warstwami. Metoda warstwowa jest bardzo dobrze znana i podobno skuteczna ( dobrobyt w kraju również można zaprowadzić metodą warstwową. warstwa piachu warstwa komunistów , warstwa piachu i tak do wyczerpania piachu) .

Uogólniona teoria życia RaVa mówi, że jak się sypie, to można tylko usiąść, odprężyć się i oglądać apokalipsę.

Niedziela była bardzo udana. Udało się podrzucić koledze papiery od praktyk, odwiedzić street party - spędzić tam cały dzień, poznać Jedną Taką, odżyć , nastroić bęben (w końcu !) i zupełnie przeszczęśliwy wrócić do domu.

Poniedziałek również , trzeba przyznać był ciekawy. Spędziłem go m.in na podtrzygodzinnym spotkaniu, gdzie strona biznesowa , strona techniczna klienta (czyli inny dział firmy) , oraz My techniczni , rozmawialiśmy. Najpierw swoją wizję tego co robimy przedstawili techniczni antagonistycznie. Z zaciekawieniem oglądaliśmy to zarówno my, jak i strona biznesowa - była to bowiem dla nas zupełna nowość. Później Drugirafał (dwóch nas w projekcie) opowiedział jak to jest zrobione. Rzecz jasna od strony technicznej. To był błąd. Tłumaczenie stronie biznesowej, w ten sposób .... było nie do końca trafione.

Jak zwykle, ponieważ mam długi język, wyrwałem się (jako ostatni wystąpi RaaaV!...no prawie) ja. Co to się działo ... otóż wykorzystałem wiedzę zdobytą na uczelni - czyli jak blablać, mówić zupełnie nietechnicznie, tak żeby średnio rozgarnięty szympans rozkminił system. (bo co to jest system ? zbiór obiektów i relacji między nimi? no tak. czyli taka dwójka ... a może i jeszcze atrybuty? czyli .... i tym sposobem dochodzimy do uporządkowanej fafnastki literek.... których zaraz zabraknie.) więc system informatyczny to ... wynik procesu informatyzacji. Pierwsza lekcja blablania.

Druga lekcja blablania. Jak robimy kategorie , to robimy kategorię "i inne". "No więc wiecie , rozumiecie, to jest polityka takiego typu ,to jest polityka owego typu, a to jest polityka, w którą można wpakować wszystek inne". Tak im to tlumaczę. Później nie żaden diagram podsystemów, czy inny badziew który był na tablicy. Na kartce odręcznie machnąłem parę prostokątów , kwadracik , strzałeczki i prawię.... w tym bloczku jest "blablabla". Czyli , wszystko co chcecie bo sami to piszecie. I schemat jest stały ,ale to jak dokładnie zadziałą , sami możecie zrobić.

I tu życiowa satysfakcja- to o coś takiego mi chodziło. Tylko jak najwięcej informacji upchnijcie - kolorem , kształtem itd, żebym miał na stronie. I jeszce te słowa kolegi "jakbyś to powiedział na początku , to byśmy pewnie godzinę krócej siedzieli." I to było piękne, to było takie .....życiowe. Dosłownie jakbym wiedział, że zrobiłem kupę dobrej roboty. A ja tylko blablałem..... ale jak tu tłumaczyć technicznie osobie , która bazę danych podsumowała tak :

"Polityki są w bazie. W tamtych dwóch bambolkach "

Skończył się poniedziałek i euforia minęła. Świat jakoś zbladł , telefon od dentysty , że wizytę mi odwołano , bo zachorzał dohtur. Za to maila od Jednej Takiej, nie dostałem (znaczy, że wcześniej wysłałem, mając pewne przesłanki, że to tylko kwestia ustalenia terminu). Potem jeszcze, z moim zajebiście nastrojonym bębnem nie pojechałem na bębny .... współtowarzyszka podróży również odmówiła współpracy.

W środę bęben był bardziej nastrojony niż ja, bo godzinny korek (plus czas jazdy) na dzień dobry, przed robotą, mail, że najbliższy wolny temin - na świętego nigdy , oraz korek godzinny na dowidzenia ( piesi powinni mieć zakaz wyprzedzania. tak uważam) .... nie poprawiły sytuacji. I tylko fakt , że na polach mokotowkich udało mi sę nauczyć 3-beat weave'a (o tym kiedy indziej, w skrócie powiem :poi! poi! poi! poi! poi! auaaa!) ,jakoś uratował dzień. Not for long my little friend.

Dziś bowiem , wyszło na jaw - korek to spisek mas wypoczywających, powracających do miasta sabotować moje dążenia do zwiększenia narodowego produktu brutto. Istni wyzyskiwacze. Dotarłem do pracy i już schodzi ze mnie złość, a tu telefon. Praktyki nie przyjęli. ALE JAK TO? No nie ...bo wiesz. nie było jednego małego podpisu(których wokół było i tak mrowie). Oraz trzech pieczątek osoby która nie może dać pieczątki , bo jej nie ma. Radości z życia nic już nie uratowało.Dentystka tylko pogorszyła sprawę, w zaferowaniu wołając praktykantki - zobaczcie , zobaczcie- jak tu się narobiło. Pół zęba trzeba było wziąć.... co gorsza pokazała mi lusterko. Przez do-tej-pory-dwójką prześwitywały migdałki. Było to prawie tak piękne, jak to, że znieczulenie dostałem, zostałem naliczony, ale nie zaczęło działać, do momentu, aż skończyło. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Aktualnie boję się piątku, bo sam już nie wiem co może się zdarzyć, nienawidzę uczelni, bo mam do tego prawo i obowiązek moralny, oraz odczuwam potrzebę zmiany stanu z wolnego na intoksykowany (zbieżność słów przypadkowa).

Jednym słowem, nic tylko się upić. No , może jeszcze jedno: Ludzie ! dość mam! Dajcie kanapę!

 

 

I jeszcze jedno. Kolega który mi podrzucał papiery , pocieszył mnie. Pracuje 3 dni w tygodniu. I raz w weekend. Jako administrator, nic nie robi głównie. Zarabia 4 tysie na rękę. Rzecz jasna , chyba , że tak jak teraz ma delegację do Amsterdamu. Wtedy dopłacają mu jeszcze ponad pół tysia. Powiedzmy sobie szczerze - w karierę to ja się nie wstrzeliłem. Nie to żeby w inne rzeczy, czy coś. Zwłaszcza czy coś nie idzie najlepiej. No ale hej ! Przecież wreszcie potrafię 3-beat weave'a ? No nie. Przynajmniej się nie skrzywdzę.... do środy.


poniedziałek, 04 grudnia 2006

poprzedni wpis, ponieważ nie został doceniony, musi zostać poddany dogłębnej analizie. Otóż rzecz ma się tak, że autor próbuje przekazać swoje odkrycie , iż to nie wystawy, bądź nastrój sztucznie budowany przez marketing , będący kołem zamachowym maszyny zgniłego kapitalizmu czychającego na portfele mas pracujących uciskanych przez burżuazyjne warstwy społeczeństwa , lecz ludzie , nie dyrektorzy firmy, lecz ci właśnie ludzie którzy są spotykani przez nas na ulicach, to oni właśnie ustanawiają kiedy zaczynają się święta, poprzez swój ubiór i zachowanie. chyba ,że w listopadzie ubierają choinkę. wtedy nie.

niedziela, 03 grudnia 2006
Sezon świąteczny uważam za otwarty . Nie mówię o choinkach , kolendach i piosenkach puszczanych w sklepie, nie wspomnę ozdób. Wszystko to marketing. Natomiast na mieście, przez szybę autobusu ... zobaczyłem elfa. W zielonym płaszczyku i czerwonym szalu szła przez miasto modna pani. Po nich wiadomo. One zawsze takie same. Na czasie.
niedziela, 05 listopada 2006

SCENA PIERWSZA

(Wszyscy w kuchni urzędują, niedawno wrócili z tzw "dużego sklepu" ,

a Pierworodny dopiero dołącza do nich)

 

Pierworodny

(mając na myśli deskę na wieszak na luzem kable do sieci do komputerów do domu) 

Dlaczego ta deska taka długa? 

Spłodziciel

(fachowo) 

Bo takie były. Się przytnie.

 Rodzicielka

(prawie że z pretensją) 

A dlaczego ojciec ci kupował?

 Pierworodny

(przyjmuje  linię obrony) 

Bo dopiero wczoraj wpadłem na pomysł.

Rodzicielka 

(prawie że triumfująco) 

To mogłeś sam iść do sklepu.

 Pierworodny

(zamyślony filozoficznie) 

Jakbym realizował wszystkie moje pomysły, to by mi ludzkość na kolanach dziękowała. 

 

 

 

 

SCENA DRUGA. OSTATNIA 

(inspekcja po powrocie) 

Rodzicielka

 (zza ściany)

 gdzie jest telefon?

Pierworodny

(wpatrzony w monitor.) 

U mnie.

Rodzicielka

(odzywa się instynkt tropiciela) 

Dlaczego ?

Pierworodny

(logicznie odpowiada) 

Bo dzwonił.

Rodzicielka 

(a więc mamy ukrywany  fakt!)

Kto dzwonił?

Pierworodny

(znużony)

Wy. 


czwartek, 05 października 2006
    To nie jest żaden ambitny wpis i nie jest to nic nowego... ale do tej pory nie opisywałem planu dnia. Plan był prosty - pojechać , mieć zajęcia , wrócić. Okazuje się jednak, że komplikacje są zawsze możliwe.
    Na przystanku niczym diabeł z pudełka wyskoczył na mnie znajomy. Oświadczając zacieszony w pełni, opalony po wyjeździe, że oprócz opalenizny to jeszcze sobie dziewczyne przywiózł. No mniej więcej, po prostu jak wyjeżdzała to była wolna jak pieprzony koliber, a potem sie spotkali. W sumie niech chłopak ma - jakoś kiepsko znosił bycie samojeden. Zdziwienie raczej spowodowane było tym, że jak w śmierć i podatki, to również wierzyłem, że prędzej to moja kolej się parować, niż jego. Ale cóż... są gusta i bezguściki.

    Uczelnia powitała mnie klasycznie. Panie z dziekanatu, mając dziś dzień świętego Bezstudenta, wywaliły mnie z dziekanatu - ledwo tylko udało mi się dowiedzieć w jakiej grupie jestem. Plany są, grupy są, studenci są. Po co im wiedzieć w której grupie, jeszcze poczują się pewnie,albo co gorsza przyjdą na właściwe zajęcia.
    Pierwszy wykład skończył się półgodziny przed czasem, ale to dla tego że zaczął tak na prawde z dziesięć minut po. Nie było kluczy do szafki. Niczego nowego się nie dowiedziałem, za to wcześniej skończyłem. Tym sposobem pozostałą godzinę czasu trzeba było jakoś zabezpieczyć. Spacer do piekarni- bo bufet i automaty puste - studenci zaskoczyli uczelnię, leniwie w deszczu noga za nogą i powrotnie dziab za dziabem chleba wypełniły dużoczasu i brzuch.
Kolejne zajęcia przyjeły rytm - gościa nie ma - jest z jakimś gościem gada, nudzi , dzwoni telefon, wychodzi,przerwa- wychodzą pierwsi ludzie, wraca , dzwoni telefon, wychodzi, w drzwiach pojawia się wykładowca inny, wykładowca domyślny wychodzi, robi przerwe. wychodzi prawie każdy. Zdziwony pozostałej dziesiątce, wykład skraca o godzinę, przeskakując slajdy, powtarza z nami to co było już na innym przedmiocie.

    To nic, że mógłbym pojechać do pracy. To nic, że od 13 do 18 marnowałem czas i niczego się nie nauczyłem. Czemu? Bo tak jest k*wa zawsze i człowiek się już przyzwyczaił i straci jeszcze dużo czasu. Tylko po to,żeby to co mógł robić w domu i nie marnować czasu na dojazdy, zrobił na uczelni opalany nad kagankiem oświaty. Polska tortura uczelnią wyższą.

    Syndrom pierwszej strony nie wystąpił. Już nawet nie staram się prowadzić szczególnie zeszytów. Teraz tylko nowym piórem starałem się pisać. Skończyło się jak zwykle... zeszyt zaczęły wypełniać rysunki,komentarze. Za dużo w panu artysty herr RaV. Artysty od dość zabawnych studiów. Parafrazując Gibsona.


"You are too much the artiste, Herr Case"
Ratz grunted; the sound served him as laughter. He scratched his overhang of white-shirted belly with the pink claw.
"You are the artiste of the slightly funny deal."


COMMERCIALS !!!
I pomyśleć , że w tym czasie mógłbym być na warsztatach bębniarskich i dla odmiany czegoś się nauczyć. Jedynym wyrównaniem dnia był Latający Cyrk Monty Pythona.


ANKIETA
Ja, zdrowy na umyśle, uważam, że :

A) autor się starzeje, ale nie powinien zamieszczać tego dowodów.
B) pisanie opisu dnia, to najgorsze co mogło spotkać ten log.
C) mimo wszystko, wykształca się jakiś warsztat i wpis daje radę.