Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tekstylia

niedziela, 23 września 2007

PRZEDMOWA

Powieść pisana partiami. Pesymistyczna przyszłość pobliska - postindustrialne pejzaże - pewne państwo podziemne przeciwko przegniłemu porządkowi publicznemu. Pogonie per pedes, pościgi pośpieszających pojazdów! Przedziwne persony - piękne panie, przebiegli plugawcy, przekupni politycy, przedsiębiorczy przemytnicy, prawe przednie poważnych przeciwników - przestępczość poorganizowana. Podłe pożywienie , paskudniejsze picie- półświatek podczas prohibicji. Podzielone poglądy - pacyfikowanie populacji policją - pojedynki, pobicia , postrzały, pistolety! Przemykające przez park przerośnięte patyczaki potwory! Powinniście przeczytać! Płatne piątaka - przyjmuje Pan Panda.

PARTIA PIERWSZA (PRELUDIUM)

Mgła poprawiała wygląd mrocznego budynku z końca ubiegłego stulecia - tymczasem X, zupełnie tym niezrażony - spowijał się płaszczem - jesienny chłód przejmował go jeszcze mniej. Wiatr uporczywiec wrzucał mu liście za kołnierz, jak również puszki, niedopałki i Bóg wie co jeszcze- gdyby nie szalik- który przywiało mu razem z wychudzoną brunetką. Owinęli się wtedy wokół siebie, dziewczyna zaś spoczęła bezsilnie w jego ramionach. Gdy tylko wiatr ustał, zeszła z niego i przepraszając pomogła w poprawianiu płaszcza. Ten - bezwzględnie to wykorzystał - rzucił się na nią z połami .Sytuację znów uratował X -szybko rozebrał się i złapał płaszcz w pół. To nie pomogło, złapał więc i ją, po czym weszli do budynku.

PRACA PO PRZECZYTANIU I

a) Wymyśl imię dla bohatera.

b) Wymyśl brunetkę.

c) Wymyśl budynek.

PRACA PO PRZECZYTANIU II

Do jakiej książki i gatunku nawiązuje tytuł?

PRACA PO PRZECZYTANIU III

O co chodzi w tej partii , ha ?

piątek, 11 maja 2007

Nadchodził powoli czas obiadu. Znaczyło to ni mniej ni więcej, że należałoby w stanie nienaruszonym powrócić do portu. Tutaj , należy wtrącić małą dygresję. Kursy i wszystkie tego typu podobne czynności, mają na celu wdrożenie nawyku procedur, a jak wiemy - te są powtarzalne i zawsze wykonywane w ten sam sposób. Na podstawie tego czego byłem świadkiem i uczestnikiem, wnioskuję, że kolegę uczono :

Kolektywnej dyskusji, kto będzie wiosłował, z obowiązkowym elementem "dlaczego nie ja" , panicznego zrzucania ożaglowania, podejmowania decyzji na wyczucie - dopiero gdy poczuliśmy szuranie o dno, podnieśliśmy miecz .(zgadnijcie kto ? My RaV, król cum, pan na żaglach, władca olinowania i protektor burt) (miecz to takie wielkie metalowe coś pod łódką, zwiększające wyskokosć metacentryczną - a dokładniej obniżające środek ciężkości, co zapobiega dryfowi łódki.... czego nawet jeśli nie rozumiemy - to wiemy doskonale, bo właśnie przez to nas przez długi czas znosiło na początku wyprawy). Lecz nic to, zupełnie nic w porównaniu z próbą desantu. Nagle zahamowani przez miecz, bez żagli, resztką siły rozpędu, wspierani dzielnie przez dwie osoby u pagajów, nie rozpoznające kierunków, dobijamy do brzegu. Prawie. Desant RaV zeskoczył ma linę... w ręku, bo cuma się odczepiła. Sytuacja na tyle poważna, że sam kolega kapitan ruszył dupę, wstał i wręczył ster innej dupie. Decyzja była tak samo przemyślana jak trafna. Bo wyobraźmy sobie tak. Lódka bez cumy, zmierza do miejsca bez słupka cumowniczego, o czym dowiedzieć mają się zaraz, sternik i wiosłujący bez wyczucia kierunku (zgadnijcie, jak łódka pływa na wstecznym?) wszystko to okraszone "w to drugie lewo!" i z bezradnie stojącym kapitanem na środku. Wyobrażacie sobie? A ja to widziałem na własne oczy.

Udało się. Nie wnikajcie jak. (sceny zbyt brutalne by opisywać). Za to trzeba przyznać, że załoga okazała się być bardzo zgrana. Wszyscy nagle zeszli, znikli, pojawili się jeszcze inni znajomi i nagle na łódce zostałem sam z kapitanem, który jednak do mnie wrócił. Resztki przyzwoitości? Stawiam raczej na to, że przypomniał sobie, że żagla to raczej sam nie złożę. Bo resztę, to musiałem. Pzyszedł czas na poważną rozmowę , czyli gdzie jest jedzenie. Jedzenie jest tam, ale tu ktoś musi zostać. Rzecz jasna zaofiarował się kapitan, łypiąc okiem na jedną z damess, bo przecież sam nie zostanie. W ogóle świetny pomysł zostania przy łódce, nie chwaląc się, był mój. I nie tyle, z chęci wyswatania, co nie utracenia rzeczy (wypożyczonych i nie) z łódki. Taki ze mnie konswerwatysta i mieszczańska mentalność, że lubię mieć. Tuż przed odejściem na obiad, wywiązała się dyskusja (dwie osoby miały zamienić się z nowymi znajomymi), że może jednak łódkę oddać? - żeglarski talent kolegi, nie wzbudził zapału u nowoprzybyłych, z zupełnie niewiadomych przyczyn, rzecz jasna. Obiadu nawet nie opiszę, ( nie wiem wciąż kto był bardziej zdziwiony, że ktoś je w takim miejscu, my, czy obsługa), za to moment powrotu warty jest odnotowania. Podchodzę do łódki, a tam .... kolega? pełna załoga? Otóż nie! W przodowniczym duchu, zapadła decyzja że robimy 140% normy. Przy 5 kapokach, 7 osób. (łódka na 6). Parka gratis. Taka promocja. I nie ma, że nie. Kapitan wymyślił.

Scenariusz pływania był bardzo podobny - ledwowypłynięcie, wyprawa z pagejem po wiatr, chwila pływania, powrót i brzegobicie. Na uwagę zasługują Jeszcze Większe Przechyły ( i nie jest to kapela punkowa, jedyne próby śpiewania ,zapewne godowego, podejmował kolega za sterem, kalecząc niezmiernie szanty. ), czemu nie ma się dziwić - bo otrzymana parka , okazała się być dorodnymi lwami salonowymi, a te ważą. Samiczka leżała po jednej stronie miecza, samczyk po drugiej pełnił bardzo skomplikowaą funkcję, za to źle - znaczy miał po prostu mówić czy żagliel łopocze...o czym co jakiś czas, zapewne losowy, informował z durnym rechotem, że "żagiel łopota". Lwi Broda, czując konkurencję, od razu zaczął pokazywać jaki to on luzak, oraz stosował balastowanie nawisowe (czyli leżę na burcie i mi to zwisa) - jednak nie martwcie się. Oboje żyją. Etykieta żeglarska zabrania mordować współpływających, bo gorzej balastują (w tym przypadku mógłbym polemizować), a po wyrzuceniu zamulają zbiornik.

KONIEC CZĘŚĆI III

czwartek, 10 maja 2007

Udało się. Mimo, że mało kto się zna - wypłyneliśmy. Mimo, że jedna osoba nie umie pływać - nikt nie ma kapoków. Jedyne co może pokrzyżować nasze plany co do pływania to ten drobny, nieistotny, infinitezymalnie mały szczegół - nie wieje. Wieje, to zresztą bardzo duże słowo - nieznaczna różnica ciśnień i ruch z nią związany zapewne już by nas ucieszył. Na szczęście , mamy na łódce osobę z patentem. Ten to wilk zalewowy i znawca metereologii terenu pobliskiego - mówi przekonywująco - za tym cyplem będzie wiało. W tym momencie, zarówno ja, jak i Broda, musimy nagle wykonać tę krępującą (zwłaszcza na wodzie) wszystkich w towarzystwie czynność, czyli wyjąć pagaje i pagajować. ( dla tych którzy mogli mnie źle zrozumieć - cały czas mowa o wiośle kanadyjskim.)

Zaczyna wiać (rzecz jasna daleko za cyplem), namachaliśmy się jak głupi, ale wreszcie płyniemy. Doprawy, cały ten wysiłek wypłynięcia był tego warty? Czego ? Tej radości dziecka na twarzy kolegi sternika, tego błysku w oku, tej bijącej jasności od jego sylwetki i tego szczęścia w okrzyku "jeeee, manewr mi się udał!", jak również przerażenie które zagościło na twarzach reszty uczestników wycieczki, oraz nastroju grozy jaki zapanował na łódce. To tyle jeśli chodzi o kolegę sternika.

Ale drogie dzieci ! To jeszcze nie koniec bajki ! Mamy przecież RaVa ,o którym wspominać nie warto - do momentu wpłynięcia do portu trzymał szoty (takie linki co cały czas próbują wyrwać się z ręki, obcierając przy tym co się da) - są za to dwie damessy, mamy też Brodę salonowego. Ci zajęci byli głównie balastowaniem na modłę plażową, znaczy zamiast wyrównywać przechył, mimo notorycznego upominania, kładli się wyłącznie tam gdzie świeciło słońce. Broda, który masę miał słuszną leżał głównie rozwalony na burcie, zapewniając nam godziwy przechył (nie zważając na to czy w odpowiednim kierunku) , co przerywał tylko co jakiś czas, żeby pochlapać się wodą z ucieszonymi tym damessami. W końcu jednak nasz sternik się przełamał i jak to bywa czasem, zaproponował - czy może ktoś chce posterować? Jakież było zdziwienie wszystkich , gdy za sterem znalazła się właśnie ta, do której wdzięczył się od samego początku. RaV, który do tej pory pełnił już rolę tańczącego derwisza pokładowego , tropiciela wiatru, wykrywacza kursu kolizyjnego, pociągacza szotów, wznosiciela żagli, nagle zyskał dodatkowe uprawnienia symultanicznego tłumacza tubylczego, bowiem kolega, w sposób zupełnie dla innych niepojęty, opisywał rzeczy o których chwilę póżniej dowiadywali się ode mnie.

 KONIEC CZĘSCI DRUGIEJ

    Dawno dawno temu, w szczęśliwych czasach majowego weekendu, gdy byłem jeszcze do przodu o kilka znajomości, chęci do życia i wiarę w ludzi, miałem sobotę. Sobotę miewa każdy, zazwyczaj raz w tygodniu i doskonale wie, że jest to towar luksusowy. Mogłem jechać na działkę z rodzicami, co wydawało się nawet kuszące - no ale przecież można zawsze dojechać później -a tutaj kolega prosi, żeby pojechać z nim na łódki.

    Będzie fajnie wiesz? Zajebiście będzie, znajomi będą moi, fajni ludzie. Nie. Znajome będą, zobaczysz fajnie będzie. Nie. No nie daj się prosić. Nigdy nie masz czasu, weź pojedź. Nie wiem. No RaV, pojedź, oni nie pływali wcale, a ja od zrobienia patentu. Tutaj niestety, już nie miałem serca odmawiać. Dorodne rogi jelenia wyrosły mi nie bez przyczyny (a dodać muszę, że żadnej nie było do przyprawienia mi ich).

    RaV przyjedź. Podjedziesz do mnie, znajoma ma samochód, zgarnie nas ode mnie. No niech będzie. Wieczorem natomiast, to już RaV gdzie indziej przyjedź. Znajoma się rozmyśliła, bo korki. Rano, dojeżdzam. Ona jest jego nie ma. Zaspał i się spóźnia. Bo korki. A ja czekam z nią, jej koleżanką i nawet się nie znamy. Do drzwi dobija się człowiek... ode mnie z uczelni. Otóż - znajomy znajomego. Jest podejżanie... a dalej to schemat. Dziewczyna robi w tym roku maturę, samochodem ledwo jeździ bo od niedawna, poślizg na prostej suchej drodze, drzewo, wszscy giniemy... a nie , wróć, ale samochód to jej pływał. A pasy z tyłu? Nie ma.

To była ta spokojniejsza część dnia.

    Wchodzimy do łódki! Czego? Tego drewnianego ! - tak mniej więcej wyglądałby dialog, gdyby damessom i lwu salonowemu chciało się pomóć przy przygotowywaniu łódki do wypłynięcia. Niestety, zostaliśmy tylko my dwaj , ja ze znajomym. Ten natomiast miał bardzo ciężkie życie, bo na kursie miał krawaty (sznureczki, których jest zawsze za mało), a tutaj do przymocowania rzeczy trzeba było użyć szekli (małe, metalowe, tonie i się gubi). Talia również nie była fair. Dała się rozplątać, niestety złożenie jej, nie było już takie łatwe (Niegodziwy wielokrążek !).

    Dzięki pomocy załogi z sąsiedniej łódki udaje się uporać z talią, dzięki boskiej interwencji udaje się wypłynąc z portu, postawienie żagli przypisać mogę wyłącznie sobie (Bóg w tym czasie trzymał się za głowę,a Fortuna z Losem na przemian to czerwienili się ze śmiechu, to zielenieli z przerażenia ). Rzecz jasna przesadzam. Broda, bo tak zwie się kolega z uczelni, pomagał - uwiesił się swoim słusznym ciężarem na fale ( taka lina co jak się ją puści leci w górę i jest duży problem), dzięki czemu żagiel poszedł w górę, a zaraz potem Broda, sobie usiąść. RaV w tym czasie wykonywał jakieś niezrozumiałe dla wszystkich akrobacje, żeby złapać tą śmieszną dyndającą się linkę, która niczym w kreskówce - jak tylko zorientuje się, że o nic się nie opiera, ani nic ją nie trzyma - poleci. Załoga przystępuje do zwyczajowych czynności. Sternik steruje, RaV klaruje, reszta to chuje. Oni sobie leżą, a ja buchtuję. ( za wikipedią : "zwijam liny specjalnie w taki sposób, aby można było z tej liny od razu skorzystać (rozwinąć) bez ryzyka splątania." Dalibyście wiarę, że tak umiem? Sam sobie imponuję! Dwa razy, po razie na fał.)

 KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

poniedziałek, 19 lutego 2007

W piątki wieczorem siedzę samemu. W piątki wieczorem nawet jeśli cały tydzień udawało mi się oszukać przeznaczenie - i siedziałem wśród ludzi- to sztuki tej w piątek umiem powtórzyć . Siedzę wtedy przy telefonie i czekam na sygnał z centrali. Więc, w piątki wieczorem, dzwoni telefon. Ktoś potrzebuje pomocy. Upadł rząd, trzeba zastrzelić ministra, wyrwać chwasta, opielić ogródek, naprawić komputer, nakarmić kota. Krótko mówiąc - sprawy wagi państwowej. Tylko wtedy dzwoni telefon. Więc, dzwoni telefon. Zdzieram z siebie ubranie, wskakuję w umundurowanie, jednoosobowej jednostki specjalnej - lotnego skrzydła armii zbawienia - kostium jelenia i lecę pomagać... z tym, że nie. Sprawa jest o wiele poważniejsza - do misata zajechała kultura. Tyatr, mówią. Ludzie się boją, panikują, nie znają. Tyatr, terror, trauma. Trzeba wyjść w teren, zbadać co się tam dzieje, przeprowadzić obserwację, zrobić zapiskę, niepostrzeżenie z widowni wyjść i zaraportować.

Zaprzyjaźniony podoficer, w stanie wskazującym na spoczynek (ani śladu munduru i nie klnie), załatwia wejściówki. Trudna sprawa, korzysta z rozległej sieci kontaktów rodzinnych, akademickich, szarej sieci, same niepewne wykształciuchy, zaprzyjaźnione łżestudenty dostarczają hasło. Wejściówki przekazać ma, po przekazaniu ustalonego znaku, osoba z drugiej strony barykady, czyli, okienka, kasy - po prostu, z daleka widać- niepewna sprawa.

Nie uprzedzajmy jednak faktów - o tym dowiemy się później,a teraz -czas na ustalenie protokołu - rozmowy przez telefon tylko po kaszubsku, wyłącznie bezokoliczniki i przymiotniki w stopniu najstrukturalniejszym , kończymy tylko w parzyste sekundy, kontakt co kwadrans, rozpoznawczy znak - elefancki ancug (taki z trąbą wystającą z .... no nie ważne) i płaszcz wpuszczony w spodnie, jednym słowem - wszystko według podręcznika.

Za godzinę godzina zero, do półtorej godziny, zaczyna się, panika. Kombinezon roboczy, nanieść kamuflaż na buty, pożegnać się z rodziną uciec autobus - nic to jednak dla mistrza transportacji, pojedzie innym, przeskoczy w tramwaj,przejedzie mostem, zniknie w uliczce, wyjdzie z kanału - miasto zna od poszewki. Na miejscu - samochody, przystanek , pomnik. Zadzwonić, zagadać, gdzieś ty? Tu. Czekaj tam. Zadzwonić ,zagadać, gdzieś tam? Podejdź tu. Z przystanku, przez samochody, pod pomnik i w długą. Napotkany półrok po wojsku były kapral mówi. Oszukałem cię. Oszukałem? Niby nie , ale prawdy zabrakło. Wejściówki nie ma. Wejściówkę trzeba pobrać! Wejściówkę trzeba pobrać studentem akademi medycznej będąc, hasło podając, legitymację ekshibicjonizując. Ludzie ! Wy wiecie!? Ludzie ! Nie było czasu podrobić papierów ! Idziemy na akcję w ciemno, bez broni, papierów, ale trzeba zachować krew.

Od siedliska kultury, odgradza nas kasa. Pzy kasie ludzie, przy kasie ja i podoficer. Mówi - czy to tu , mała scena, teatr narodowy? Nie to nie tu. Czy to nie tu, sztuka, hasło znam ! NIe, nie tu. Tu miała być sztuka ! Mała Scena! Na niej sztuki! Ludzie się patrzą, sytuacja jak z ostrza noża. Choć S., nie rób tu małych scen. Wychodzimy jakgdyby nigdy nic, kontakt z centralą. Podoficer który załatwiał, rozmawia z rodzonym szeregowym, po prostu jak brat. Brat w sumie,a dziewczyna jego załatwiać miała.Dzwonimy do niego, krótkie przesłuchanie. Jak żeś ty te dupy załatwiał? Gdzie ten balet? Nie tu. Wychodzi Kasjerka, panowie, idzcie sobie, to tam, nie tu, zdążycie.Panowie, biegiem, bo warto. Tam dostaniecie bilety. Bieguśkiem przez miasto, tramwaj w zęby, błysk ciupagi i na miejscu. Bo trzeba iść, co my jej będziemy kolejki robić pod szybą.

Przez ciemny park, pocinamy (jak biegać,tylko, że głośniej) , a potem - już oficjalnie. Tramwajem jadę na wojnę. Zadanie z logistyki - czy zdążymy , czy może dezerterować w stronę Złotych Tarasów? My nie damy rady? Wpadamy za pięć do zero. Zdyszani, szaty rozwiane, włosy zmierzwione, plujemy płucami , my - kulturalni. nie strzelać ! my kulturalni! Hasło! Odzew ! Tajny chwyt za krocz, masoński masaż dłoni, kolaborująca z nami pracownica, pseudonim "Miła z okienka" , nie może znaleść zaproszeń ! Czas na radykalne środki. Prosimy. Wyciąga wielką okrągłą pieczęć, czystą kartkę, bazgrze "w-e-j-ś-c-i-ó-w-k-a", stempluje i z tym jakże oryginalnym zaproszeniem wchodzimy.

I tu drogie dzieci, kończy się bajka.

RAPORT Z WYKONIANIA MISJI

"Przenikanie" , okazało się być sztuką nowoczesną. Taki tam balet, bo była to wizyta gościnna Śląskiego Teatru Tańca. O czym? "O dupach, jak zwykle". Całość przestawienia, można opisać tak : dwie laski wiją się o faceta.

Że niby , żadna sztuka, a samo życie? No więc nie zgodziłym się. Zrobić coś takiego, jak one robiły na szpilkach, to ja bym na zwykłych obutach nie potrafił, czyli jednak sztuka. Poza tym, dziewczyna była w sukience, a zobaczyłem jej, jakże śliczny tatuaż na krzyżu - mówię wam, to była sztuka. Wszystko to działo się w dwie samice, jednego samca, jeden fotel, oraz niezrównany podkład muzyczny - bardziej niż na "Balasana masena, balasana rosa"(nie nie ma takiej piosenki, ale tak zapamiętałem słowa tego utworu ciepłokrajistego który od tego momentu szukam nieustannie do dziś) podobała mi się tylko kobieta w niebieskim - Korina Kordova, co świadczy o moim niewątpliwym guście akustyczno-optycznym ( bo do tego ograniczyła się znajomość).

Podsumowując -

  • Żeby być aktorem, nie trzeba mieć dykcji,a kondycję.
  • Tyle co się aktor namaca, to mu nie odbiorą, a opłacą.
  • Możliwe, że więcej bym wyniósł ze Złotych Tarasów,
  • ale jak widać za to wzbogaciłem się wewnętrznie,
  • (Taaaka dupa! A ja jak głupi nie chodziłem do teatru.)
  • Męczy mnie wciąż ta piosenka.
  • Może i ja mam problemy z czytaniem (nazwisko choreografki wygląda jak "Hefalump")
  • za to S. ma problemy z interpretacją.

Podobało mi się , ale co o tym sądzę? Najlepiej to odda ten oto rysunek.


QUIZ !!!!

 

Najlepiej do tego opisu/wpisu pasuje:

a)

"Drugi autorski projekt Hefczyńskiej-Lewandowskiej, autorki choreografii, urzeka lekkością i dowcipem w uczuciowej rozgrywce na trzy osoby i... ruchomy fotel. "Przenikanie" to spójny, dynamiczny choreograficznie i minimalistyczny scenografii spektakl na utalentowane trio tancerzy Śląskiego teatru Tańca" Aleksandra Czalpa, Gazeta wyborcza

b)

"Treść jest krótka. Można ją umieścić w trzech zdaniach. Jestem sam. Nie mam dziewczyny. I jest
mi nie dobrze." Poeta, Rejs
c)
"A w ogóle, moim zdaniem jeżeli ktokolwiek może się tym... Komukolwiek to się może podobać, bawić się to znaczy, że nie kochał nigdy swojej matki." Grubas, Rejs
d)
"Eh, wiosna." By RaV
 
 
Tendencyjny charkater tego wpisu, miał na celu tylko i wyłącznie przybliżyć osiągnięcia kultury polskiej. Wszystkie elementy wskazujące, że mi się nudzi, że mi się nudzi samemu, żem burak cham i kmiot, sztukim nie rozumiem, a wyrazów nadużywam- to tylko i wyłącznie błędy powstałe w czasie transmisji.
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Zegar miarowo liczył sekundy między uderzeniami zegara, uparcie goniąc wskazówką wskazówkę. Czerwona, biagająca najszybciej, stwierdziła zgodnie z duchem uczelni, że ona to pierdoli , dość ma i rzuca to w cholerę, bo tempa nie wyrobi, a terminy gonią. Dwie czarne natychmiast stwierdziły, że jak nie ma się przed kim popisać, to po kiego wała będą się starać i jak tylko się spotkały poszły na piwo... czas wyznaczał tylko wyskakującyco kwadrans z malutkich drzwiczek zegara student. Wychodził przez nie, słaniając się przy tym na nogach , spoglądał na zegar i teatralnym gestem rzucał studia.
Poczucie humoru pań z dziekanatu było co najmniej wisielcze, ale rozglądając się dalej po pomieszczeniu - było wiadome - zegar był jego jedynym przejawem.


Całe pomieszczenie było raczej szare, natomiast barwa kwiatków była niepokojąca. Toksyczna zieleń, i wielki kły, świadczyły o tym, że te rosiczki nie tylko jadają muchy, ale i kotem nie pogardzą. Przynajmniej spiłowano im pazury i przyspawano doniczki do mebli, od czasu przykrego incydentu z pierwszoroczniakiem. Kto z kim przystaje, takimm się staje.Tak więc panie z dziekanatu, żyły w symbiozie z lokalną roślinnością, która to zapewniała im wizyty studentów tylko w ostateczności, natomiast roślinki zmierzały na koniec łańcucha pokarmowego z niepokojącą całe królestwo zwierząt prędkością. Żaden inny dziekanat nie mógł równać się z tym, co świadczyło o prestiżu uczelni.


W końcu drzwi się uchyliły, a z głębi pomieszczenia dało się słyszeć "wszedł", wypowiedziane tonem pasującym bardziej do co najmniej "zszedł" i białego kitla w szpitalu, bądź to "cieszę się, że mamusia nas dziś odwiedziła bez zapowiedzi" tuż przed niechybną rodzinną tragedią niedzielnego poranka.
Pokój był mroczny, wyposażony w niewielką ilośc mebli, wyliczając od strony wejścia, krzesła, biurka, fotela i osobnika w nim siedzącego. Osoba wyglądała na najstarszą z całego asortymentu i sprawiała wrażenie, że była tu jeszcze zanim wymyślono meble,a całą scenka jest martwą naturą.


Kamuflaż dziekana był doskonały, dla studenta pierwszego, drugiego, ba piątego roku, nieodróżnialny był on od urzędnika, który odesłałby ich precz smutnym oświadczeniem "dziekana niestety nie ma,proszę później". Taka sztuczka jednak, nie mogła się powieść z wytrawnym graczem akademickim, studentem roku z rzędu już siódmego.


Oschłe "Usiąść, proszę.", z "i nie przeszkadzać" w domyśle skierowało mój wzrok na wyrafinowane narzędzie tortur. Jak by się w pierwszej chwili wydawać mogło , mogło być to krzesło. Niebyle jakie jednak, obdrapane krzesło urzędowe, stanowiło jedne z największych osiągnięć w technice spławiania petentów. Już po pięciu minutach oczekiwania na takim krześle, kręgosłup zaczynał nerwowo zwijać się w trąbkę, próbując odsunąć się od tego szkaradztwa przerażony, wysyłając przy tym do mózgu komunikaty, które skutkowały zazwyczaj paniczną ucieczką poprzedzoną wybąknięciem do stemplującego coś urzędnika "to ja może, nie będę przeszkadzał, i później przyjdę". Jednym słowem, był to model najwyższej klasy, dostępny tylko dla biurokratów na światowym poziomie, najwyższym szczeblu, świadczący o prestiżu uczelni.


Dziekan, ubrany w tabaczkowy garnitur, był osobą niezwykle pewną siebie. Nie budził w nim nawet niepokoju fakt, że nie ma takiego koloru jak tabaczkowy. Taką pewność siebie, zapewniać mogła tylko świadomość, że nie ważne co się stanie, przed wyjściem z pracy równo o szesnastej powstrzymać go może tylko weekend. Wtedy bowiem na uczelni nie pojawiał się wcale. Niezwykle pewnie siebie, formułując zdanie proste pytające wycedził przez zęby "Pan w jakiej sprawie?", w sposób tak szczwany, że kropki ze znaków pojawił się dopiero na końcu, a znak zapytania utkwił między jedynkami.
Nie pozostawiało to wątpliwości w osobę wyżej wymienionego i ukazywało pełny profesjonalizm persony, godnej nie tylko swojego stanowiska, ale stanowisk wszystkich pań z dziekanatu, okienek, poczty i skarbówki razem wziętych. Konkurować mógł o każdej porze i z każdym spośród najlepszych z elitarnych oddziałów, wydziałów, podrozdziałów, mszałów, kordiałów zastępów rzeszy urzędniczej biurowo-papierniczej. Popijając przy tym kawę i czytając gazetę. Człowiek ten był perłą w koronie rektora uczelni i świadczył o jej prestiżu.


Już prawie zacząłem snuć ckliwą historię, o bezrobotnej rodzinie, którą właśnie odnalazłem i do której z grzeczności tylko i po długich namowach przemeldowałem się, tuż przed ostatecznym terminem złożenia podania o stypednium socjalne,co nastąpiło tylko poprzez zbieg okoliczności i proszę o pozytywne rozpatrzenie zdjęcia, czterech podań i wypełnionego formularza o stypendium, które mi się należy, bo ono socjalne, ja piję socjalnie, a na to pieniądze właśnie są potrzebne i argumentacja ta była niepobita,załączona do podań butelka niezbita, a dialektyka nieskażona logiką i oddawała ducha i chucha uczelni, który świadczył o jej prestiżu.
Zamiast tego, wzrok przykuły pływające w ławicy pod sufitem rybki. Jedynym co w takiej sytuacji mógł wydusić z siebie każdy szanujący się student, to oprócz "więcej nie piję (mniej w zasadzie też nie)", było , co następuje.


-"czy to..." -zaczęłem dukać - ryby?... wróć.to już wiemy. Dla zwiększenia napięcia dramatycznego sceny powtórzyłem:
-"czy to ..." i już chciałem dodać "normalne", gdy dziekan wykorzystał niczym bezwzględny morderca moment zawachania.

-Tak, w rzeczy samej. To zaoczni. - Wspólny temat rozmowy, zupełnie nie związany z jakąkolwiek pracą i wysiłkiem z jego strony, wywołał u niego dobrotliwy uśmiech.

-Ale czy oni....- ciekawość nie dawała mi spokoju.Z roku na rok było coraz bardziej interesująco, co do świeżego narybka uczelni, zwłaszcza po tych z 30% matury w 2006,ale jakoś sobie z nimi poradziliśmy ,a rosiczki rosły duże i zielone, co świadczyło prestiżu szkoły. Dziekan, nie pozwolił mi jednak wprowadzić was w zawiłości historii rekrutacji,a co dopiero dokończyć wypowiedzi, brutalnie bowiem przerwał tak piękną polszczyzną rozpoczęte zdanie.

-Płacą, mój drogi, to wystarczy.

- No tak... tego. - zacząłem przypominać sobie obdrapane ściany nowego miejsca zameldownia, aby historia bardziej chwytała za serce - wracając do mojej sprawy....

- Och nie teraz. Pana czas już minął.

- Przecież nawet.... .
Doświadczenie zdobyte w zawodzie pozwoliły dziekanowi usłyszeć wszystkie wymówki i inne słowa bądź wyrazy dźwiękonaśladowcze które dalej mogły paść, nie pozwolił więc marnować czasu, na mówienie czegoś, czego i tak się już domyślał i co domyślnie umieścił w miejscu gdzie światło nie dochodzi.

-Widzi pan tego unoszącego się pod sufitem?
Wskazał na rybkę wybladłą, z łuskami wytartymi na tyłku i wyłupiastymi nawet jak na rybie standardy oczami i wielkim garbie zamiast płetwy na grzbiecie. Ani chybi studenta informatyki.Student ten bardziej unosił się niż pływał, dająć świadectwo wątpliwej świeżości.

- On już nie zapłaci?
Zacząłem domyślać się.

- Właśnie mój drogi! - dziekana rozparła nieskrywana duma, że jednak studenci jego uczelni czasem myśleć potrafią, co zwiększało jej prestiż.
Dlatego nie możemy pozwolić czekać pozostałym.

Nie wytrzymałem. W końcu dłużej jestem tu studentem niż on dziekanem i trochę się już nauczyłem, co było niezamierzone, ale nie zabiło mojej naiwności.
- A czy uczelnia nie powinna przyjmować tylu studentów ilu jest w stanie zapewnić warunki?
- Och mój drogi. To nie jest tak... oni sami chcą.Oni lgną. Mamy prestiż.
- A oni płacą?
- Ano właśnie. To wystarczy.





poniedziałek, 20 marca 2006



Krótkie zapoznanie z produktem "AUTOR".

Model : Najstrukturalniejszy RaV.
*wersja luksusowa, dostępna tylko na zamówienie.
*końcówka serii.takich już nie robią.
*nie jest homogenicznym członkiem swojej generacji.
*Autor został przebadany i uzyskał wysoką ocenę lekarzy specjalistów.


Zalecane środki ostrożności :
Autor pod ciśnieniem.Uważać na kolce.
Nie wystawiać na działanie telewizji, światła słonecznego i temperatury ponad 30°C.
Nie przekłuwać i nie wrzucać do ognia nawet gdy opakowanie wydaje się być puste.
Nie zbliżać w kierunku uczelni i niepotrzebnych kłopotów.
Chronić przed dziećmi i polityką. Unikać kontaktu z oczami.
Działa toksycznie w kontakcie z głupotą, silnie reaguje w połączeniu z alkoholem.
Może osaczać.
Używać tylko zgodnie z instrukcją. Umyślne, niewłaściwe obchodzenie się z autorem
polegające na denerwowaniu może być szkodliwe.

Skład:
wyciąg z ironii, zagęszczony koncentrat uwagi, regulator kwaśności E-tam, rachciachciazyna , śladowe ilości optymizmu i empatii, naturalnie mętny, zgorzkniały, niesłodzony.Zawiera ciężkoprzyswajalne poczucie humoru.

Sposób użycia:
pogadać,pochwalić,pocieszyć,postawić piwo.

Właściwości:
-Autor zapobiegający znużeniom.
-Działa pobudzająco.
-Szczególnie wskazany w okresach wzmożonego wysiłku fizycznego i psychicznego.
-Usuwa złudzenia, przywraca wiarę w siebie.
-Stosowany wraz z alkoholem rozpuszcza smutki.
-Idealny do konserwacji komputerów.
-Pomocny w pracy i w domu.
-Bezbarwny, nie plami honoru, nie brudzi sumienia.
-Może być stosowany na wszystkich materiałach.Doskonale zwalcza powierzchnie płaskie.
-Milusi, kudłaty.
-Jeśli tak dalej pójdzie, rozmnaża się przez podział.

Sposób przechowywania:
Przechowywać wyłącznie w oryginalnym ubraniu w temperaturze do 25°C, w miejscu
niedostępnym i niewidocznym dla dzieci oraz zdala od materiałów palnych. Nie
zamrażać, nie odstawiać na dłużej od komputera.

Skutki nieporządane obejmują:
Suchość w ustach, zawroty głowy, halucynajce, demencję, psychozę, śpiączkę, śmierć i nerwowy chihot. Opinie i rady autora nie są dla każdego - przed użyciem zasięgnij rady lekarza.

Stosować na własną odpowiedzialność. Autor nie jest odpowiedzialny za wszelkie zaistniałe komplikacje, a zwłaszcza kaca, wizyty teściów, lokalne konflikty zbrojne, globalną wojnę termonuklearną i działajność rządową.