Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Impresje chwilowe

wtorek, 26 stycznia 2010
Zwykle ludzie jak im się włącza tęsknota w secru, tęsknią z swoją młodością.
Ciasne umysły z nich. Ponieważ jestem osobą ze znacznie szerszymi horyzontami, zwłaszcza czasowymi -
ja w takich momentach tęsknie za przedwojennym życiem warszawskim. Zdarza się - nie byłoby problemu,
gdybym umiał śpiewać, albo chociaż nie chciał - niestety, to tak nie działa. Jedynym rozwiązaniem jest więc na okrągło słuchać,
i liczyć, że samo przejdzie. Co ciekawe oprócz dzieł oryginalnych, można czasem trafić na różne smaczki.
W tym przypadku, jak zwykle - kto by się po mnite tego spodziewał ?! - Tuwim będzie.

Nietuwim.

Zwano ją ,,Czarną Mańką'' wśród ulicy,
Znali ją dobrze wszyscy wszerz i wkrąg,
Niecił czar jakiś spogląd jej źenicy,
Choć przechodziła ot tak z rąk do rąk,
Miłość obłędną i zawrotną siała,
Była uliczną taką bo i cóż?
Durzy się w Mańce Woli pół bezmała,
Niejeden o nią się krwawił nóż.
Na Czerniakowskiej, Górnej, na Woli,
W ciemnych spelunkach, gdzie życie wre,
Hej! tam w kompanji często dowoli
Noc całą Mańka bawiła się,
Lecz czasem coś tak za serce ściśnie
I sama nie wiem czemu się ckni.
Psia krew! aż szklanka rzucona pryśnie
Hej! cóż to, Mańka, w oczach twych łzy?
Lecz raz poznała tem ulicy syna,
Co żył wśród nocy z noża, lub kradł.
I pokochała dzika dziewczyna,
Bez niego dla niej już nie istniał świat.
Stała się jego korną niewolnicą,
Dawnych kompanji porzuciła gwar.
Czyś na mnie rzucił jakiś urok, czy co?
Pyta go nieraz, czyś mi zadał czar.
Na Czerniakowskiej, Górnej, na Woli,
W ciemnych spelunkach, gdzie życie wre,
Hej! tam gdzie dawniej często dowoli
Noc całą Mańka bawiła się,
Dziś jej nie spotkasz ni w dzień, ni w nocy.
Niejeden bez niej wolałby zczeźć.
Psia krew! aż wyrżnie w stół z całej mocy,
Ech, co tam, poszła, pal ją sześć!
A wkrótce pierzchnął sen o szczęściu złoty:
Porzucił Mańkę ów kochanek raz,
Nie zważał wcale na łzy, ni pieszczoty,
I nawet nie bił, zimny stał jak głaz.
Poszedł, nie wrócił, jak to w życiu bywa,
Ale bez niego ona nie chce żyć.
W szale rozpaczy wreszcie jad zażywa,
Przerwana życia Czarnej Mańki nić.
Na Czerniakowskiej, Górnej, na Woli,
Wpośród spelunek dziś cicho tam.
Hej! czyj to pogrzeb sunie powoli?
To Czarnej Mańki: jednej ,,z tych dam''.
Wśród kwiatów leży blada i cicha,
I płynie zwolna tam, gdzie nasz kres,
Psia krew! o życia historja licha,
Ech, co tam zresztą, nie trzeba łez.

Tuwim.

  Zwano ją czarną giełdą w całej prasie,
Znali ją u nas wszyscy wszerz i w krąg,
Kto się brał do niej, flotę zbijał w kasie,
Puszczając towar ot tak, z rąk do rąk.
Wszystko w swej mocy czarna giełda miała:
Mydło i złoto, tytoń, skórę, pieprz.
Żyje z tej giełdy miasta pół bez mała,
Niejeden przez nią roztył się jak wieprz.
U Kotlickiego, Semadeniego,
W gwarnych cukierniach, gdzie życie wre,
Tam spekulantom dni życia biegną,
Tam czarna giełda panoszy się.
Aż czasem coś tak za serce chwyci
I człek sam nie wie, jak dalej żyć!
Psiakrew! Złodzieje! Łotry! Bandyci!
Hej! Czarna giełda! Bo będę bić!
Aż raz poznała ona tam rubelka,
Co w samym środku małą dziurkę miał.
Uwiodła rubla giełda kusicielka,
Jakiś ją dlań okrutny porwał szał.
Stała się jego wierną kochanicą,
Każąc to w dół, to w górę czynić skok.
Czyś ty jest, rublu, akrobatą, czy co?
Każe ci skakać świdrujący wzrok!
U Kotlickiego, Semadeniego,
W gwarnych cukierniach, gdzie życie wre,
Tam spekulanci płci rubelka strzegą,
Tam gruby paskarz pasy z nas drze.
Aż człek w rozpaczy za widły chwyci,
Krzycząc: "I na was już przyszedł czas!
Psiakrew! Złodzieje! Łotry! Bandyci!
Zmiatać! Bo będę dziurawił - was!"
A że się wojna ma zakończyć wreszcie,
Zaczął się straszny płacz i jęk, i ryk:
"Co teraz robić w tym przeklętym mieście,
Gdy nam interes kokosowy znikł?"
Żadne już słowo giełdy nie pociesza!
Więc woli ona z wojną zniknąć wraz!
W szale rozpaczy na pasku się wiesza,
Przerwany życia czarnej giełdy pas!
U Kotlickiego, Semadeniego
Wisi na każdym wieszaku dwóch,
Już nie usłyszysz gwaru głośnego,
Zmilkł szwargot ludzki i zamarł ruch.
Na własnych paskach wiszą spokojnie,
Już pogrążeni w wieczystym śnie.
Psiakrew! Śnią pewno ... o przyszłej wojnie,
I to możliwe ... Kto ich tam wie?


czwartek, 17 września 2009

Moronik, społeczność niechcianych znajomych.

Temat mikroblogów powoli robi się dla mnie nudny, od strony #socialmedia, bo właściwie każdy kto z tego korzysta, jest specjalistą w tym temacie. Rzeszę specjalistów zasilił co gorsza młody narybek, liczne grono wyedukowanych obywateli z klasą. Są to oburzeni nacjonaliści, którzy z hasłem "naród portal to my" śledzia sobie byle gdzie wcisnąć nie dadzą.


Fascynuje mnie ilość łańcuszków, mających w duchu usunięcie śledzika, powołujących się na administrację, która ma to gdzie indziej. Wydawać by się mogło, inteligentni ludzie,pobierający edukację na najróżniejszych poziomach, człowiek im nawet pożyczał kredki, żeby ich w tym rozwoju wspierać i wychodzi na to, że nic takie działanie nie dało. Wykształceni, ale kretyni.

Ich rekacji jednak się nie dziwię. W mojej opinii, nasza-klasa, grono - to dość skostniałe środowiska. W dużej mierze, ci otwarci na zmiany są już na facebooku. O tych, którzy korzystają na porządku dziennym z naszej klasy, nie mam najlepszego zdania - uważam natomiast, że głównie korzystają z tego portalu w celu zamieszczania zdjęć i komentowania zdjęć. Po co?Pokazać zdjęcia z urlopu, ślubu, porodu - ogólnie pokazują na co ich stać. Jakakolwiek zmiana w portalu, to konieczność nauki, to dyskomfort związany ze zmianą. Ten sam, którego starają się uniknąć. Wprowadzenie przez grono blimpa jakiś czas temu, miało podobny efekt - opór materii, jednak zmiana była nieznaczna, rozwiązanie przypomina bardziej facebookowe statusy, niż mikroblogging - więc jednak udało się to przeforsować. Szkoda, że NK nie potrafiła nauczyć się na cudzych błędach.


Mam wrażenie, że portal (przynajmniej ten), nie zna dość dobrze swojej społeczności. Biorąc pod uwagę, falę protestów jaką wywołuje zmiana układu strony - należałoby przypuszczać, że wrzucenie na główny panel wielkiego okna z masą mordek i napisów - nie pozostanie niezauważone. Osoba, która uzbierała setkę znajomych, z większością których mówiła sobie tylko "cześć" - niekoniecznie po latach będzie miała im dużo do powiedzenia. Niekoniecznie też, będzie chciała słuchać tego co oni mają do powiedzenia. Przeglądanie zdjęć jest proste i to ty wybierasz co i jak. Oglądanie masy statusów na dzień dobry, to gwałt przez oczy.
Rozumiem, że NK postarała się szybko i skutecznie zbudować community. W czasach gdy na blipie mozolnie, jeden po drugim zyskujesz obserwowanych - tutaj nagle dostajesz ich gratisem. Jest to trochę sprzeczne z ideą mikrobloggingu - gdzie ty wybierasz kogo obserwujesz, na podstawie tego co pisze. Sieci społeczne to zbieranie znajomych, mikroblogging to zbieranie ciekawych źródeł treści. W tym właśnie leży problem - użytkownicy naszej klasy obudzili się, a na wycieraczce znaleźli dymiącą kupę bzdur z Ibiszem na czubku.

W moim przekonaniu, należałoby dodać po prostu czerwony link "Coś nowego" i zacząć wprowadzać nową funkcjonalność boczną furtką. Dać ludziom trochę czasu, żeby część z nich obwąchała prezent, a następnie przekazała reszcie, że spójrzcie co ja mogę! Chodździe tutaj, za krzywą uczenia jest naprawdę fajnie. Zaraz potem przenieść możliwość wrzucania zdjęć w śledziowy strumień (ś)wiadomości ,a ci z nawykiem kompulsywnego komentowania  zrobiliby już resztę.

wtorek, 15 września 2009


Jacek Gadzinowski na blogu ^momentum popełnił artykuł  „W poszukiwaniu nowego lub zaginionego wizerunku banków”.  W jakim kierunku, w obliczu jakże wymagających uwarunkowań rynkowych, stawiających przed bankami nowe wyzwania, należy iść.

Z punktu startu – całego w marmurach, mosiądzach i białych kołnierzykach – banki musiały pójść w kierunku, w którym może być już tylko gorzej. To znaczy do ludzi. W dawnych czasach, gdy ci zabiegali o atencję wielkiego pięknego banku  - można było sobie pozwolić na pozostanie w chłodnych i przyjemnych marmurach.  Teraz jednak zrobiły to, co musiały.  Zmieniły się, są kolorowe, milusie, ciepłe i serdeczne. Mniej więcej do momentu podpisania z nimi umowy. Nie mówię tu, czy chodzi mi o bank czerwony, gadzi-czerwony, zielony, czy zielono pomarańczowy. Banki nie mają dla mnie rozróżnialnej marki, chyba że… no właśnie. Markę negatywną. Różnice w kosztach korzystania z banku istnieją, ale są niewielkie. (Zapewne poza kredytami, ale tego nie posiadam). Jeśli bank zapada mi w pamięć, to nie poprzez reklamy ( a nawet jeśli, to co?  Bo mowa tu o dość znanymniek ”To spierdalaj”) i w miarę podobną ofertę , a poprzez wszystkie wydarzenia, o których sami zainteresowani woleliby zapomnieć.

Historie usłyszane od znajomych, historie przedstawione w sieci – podświadomie zapamiętuję dowody niekompetencji – bo jak wiadomo, ufaj i kontroluj. Idąc do banku, nie mam złudzeń, że zależy im na moich pieniądzach, a nie na mnie. Najchętniej wzięliby  moje pieniądze, a mnie zostawili na progu. Bank nie jest moim ziomem. Nieważne jak bardzo się stara. Portale społeczne, obecność niektórych banków w sferze microbloggingu – to tylko kolejny kanał komunikacji ,a komunikat „jesteśmy fajni” nie niesie dużo treści.

Z konferencji o microbloggingu w instytucjach finansowych najbardziej utkwił mi w pamięci bank „ten co wchłonął dominet”. Dlaczego?  Prezentujący może nie wykazywał się elokwencją, pomagał mu chyba nawet ich PRowiec – jednak najważniejsze było dla mnie to, czemu i jak skorzystali z Blipa (Jeden z wiodących serwisów microbloggingowych w Polsce). Chcieli informować o dostępności usług , postępie prac w czasie przejścia/połączenia systemów poszczególnych banków.  Jasny cel, zwięzłe komunikaty, odpowiednio wybrany środek komunikacji. Dinozaurowoczerwony bank, który również jest obecny na blipie – nie przemawia do mnie. Rzeczywiście, miło dowiedzieć się o nowych usługach, dopytać się – jednak współczynnik tego co mnie interesuje, do tego co tam się znajduje jest zbyt niski, żeby  się tym przejmować i ich śledzić.  Jeśli już - zawsze mogę wygooglać ( tu rzeczywiście warto wspomnieć – zapewne na pierwszej stronie znajdą się komuniaty z blipa – jednak nie zamierzam ich aktywnie śledzić) . Jeśli chcę natomiast skorzystać z BOKa mam przecież chat na stronie, mogę też zadzwonić.

Tu wkraczamy do części merytorycznej.  Sposób komunikacji z bankiem.  Jestem wiernym użytkownikiem banku zielonopomarańczowego. Trochę się co prawda puszczam z innymi, ale nie bez powodów. Czemu?  W czasach, gdy z pracy wychodzę o 19, załatwienie czegokolwiek w placówce otwartej do godziny 18stej stanowi problem. Strona internetowa jest prawie, że przystępna, jednak w momencie, gdy chcę zrobić coś innego niż przelew czy lokatę – jestem sprowadzany do parteru. Czasem do mnie zadzwonią, powiem co myślę – wierzę, że feedback jest potrzebny, tak samo jak kasa dziewczynie z telefonu Odnoszę jednak wrażenie, że banki mają swoją wizję i nie słuchają zbytnio potrzeb użytkowników. Podobnie jak z operatorem komórkowym – jeśli coś mi nie pasuje, to po prostu go zmieniam. Jeśli użyteczność operatora komórkowego w dużej mierze sprowadza się do jakości rozmów, Internetu i łatwości włączania i wyłączania usług (a reszta to zimna kalkulacja kosztów) -  to banki mają duże pole do popisu, na którym leżą i kwiczą – żaden się nie wyróżnia, więc po co podejmować ryzyko i generować koszty powiązane z przemianą?


W pełni jestem w stanie zrozumieć , że system bankowy, a nawet sama strona – to nie jest coś, co prosto/łatwo zmodyfikować. Procedury, procedury, i jeszcze raz kasa.  Rozumiem, że nie każdy bank z przyczyn nie tylko technicznych nie może sobie pozwolić na założenie użytkownikowi  n kont „od ręki”. Przez stronę, bez podpisywania.  Tak jak by się chciało, w sytuacji gdy nagle się tego potrzebuje.

Są jednak kwestie, którą warto poruszyć, bo nie sądzę, żeby  rozwiązania o których myślę, trudno było wdrożyć. Np. –nazywanie konta.  Prosta etykieta. Jak na razie tylko dinozaurowoczerwony bank ( z tych które poznałem) pozwala założyć konto i nazwać  je,  a przecież każdy przecież chciałby mieć pieniądze „Na urlop”.

Spora część moich wymagań wynika stąd, że staram się być świadomym konsumentem. Staram się również zarządzać swoimi finansami osobistymi, a co za tym idzie – to co było dobre 5-10-15-100 lat temu – może się nie dla mnie nie sprawdzać. W sytuacji, w której chcę mieć „koperty” (przecież ta koncepcja pamięta jeszcze czasy naszych rodziców!)  muszę założyć n kont osobistych. Co gorsza – nie mogę ustawić ich kolejności na stronie, a „co jest co” rozpoznawać muszę  po numerze konta – bo nie mogę nadać mu nazwy. Bo bank stawia przede mną setki wyzwań, które muszę obchodzić domowym sposobem. Gdyby w obrębie jednego konta można był tworzyć/usuwać „koperty”  czy jakkolwiek to nazwiemy – byłoby prościej.  Co gorsza jest to wierzchołek góry lodowej.

Coraz popularniejsze są przecież serwisy służące do zarządzania finansami – Buxfer,  Wasabe,  Quicken, Mint   (przypadek Minta jest tu dość ciekawy-  został niedawno wykupiony przez firmę posiadającą Quickena) ,a w Polsce również  zaczyna to raczkować Benefi , Kontomierz. Świadczy to o istniejącej potrzebie ze strony klientów.  Świadomych, racjonalnych, kierujących się nie reklamą, a realną oceną produktu - konsumentów.  Serwisy te  pozwalają kontrolować wydatki, planować, śledzić i  niekiedy dobierać odpowiednie produkty finansowe i … porównywać oferty kont w banku.  Niestety – integracja z tego typu usługami w naszym wypadku polega zazwyczaj na napisaniu screen-scrapera (programu który udając przeglądarkę internetową  wchodzi nas stronę banku) który pobierze plik wyciągu.  Pliki wyciągu również nie we wszystkich bankach posiadają przyjazny dla programów format. O dostępie dla zewnętrznych programów przez interfejs można tylko marzyć. Szczególnie ubolewać mogą tu małe firmy i sklepy internetowe, dla których integracja z bankiem byłaby pomocna – na razie jednak mogą tylko liczyć na rozwiązania oparte o mikropłatności, oferowane przez ecard.

Banki pozostały wciąż w epoce web1.0,  usilne kolorowanie, tworzenie „społeczności” , w porządku jeśli tak uważacie, jednak w dużej mierze wymaga to zmiany mentalności.  Pozyskiwanie klienta powinno odbywać się  poprzez zapewnienie mu nowej użyteczności i „zaspokojenie jego wyrafinowanych potrzeb” - bo jakże by inaczej. Chlubnym przykładem może być hiszpański bank BBVA który stworzył własny portal pozwalający użytkownikom na rzeczy o których nam się jeszcze nie śniło. W czasach gdy pytania w ankietach powinny brzmieć „ile godzin dziennie NIE spędzasz w sieci” – stronę internetową należy traktować jako podstawowy sposób dostępu do konta, a nie sposób o podstawowej funkcjonalności.

Nie tylko banki, w mojej opinii, a wszystkie instytucje które w sprzedaży swoich produktów bazowały w dużej mierze na marketingu powoli zaczynają mieć problem. Ich klienci, jak nigdy dotąd mają łatwo dostęp do oferty, do porównań ofert – bazowanie na ich niewiedzy jest coraz trudniejsze. Taki klient ma swoje pieniądze, ale również swoje  napędzające biznes ‘chcę’, odwieczne ‘wymagam’ i nieznane dotąd ‘szukam’.


Podsumowując :


-Marki banków zanikają i tracą na znaczeniu w czasach gdy łatwo porównać ich ofertę.

-To o co banki powinny dbać, to brak sytuacji które piętnują je negatywnie – nawet najlepsza oferta z ich strony przegra z brakiem zaufania klienta.

-Wykorzystanie nowych kanałów komunikacji wciąż zobowiązuje do przemyślenia komunikatów.

-Zmienia się wygląd, nie paradygmat.   Banki wciąż nie wykorzystują pełnego potencjału swoich portali.

-Wszystko to takie jednakowe, upstrzone problemami.

-Porównanie ofert jest coraz łatwiejsze, a wyniki tego obwieszczane są coraz głośniej.

-Co zaskakujące, klient to nie debil. Przynajmniej ten z pieniędzmi.

-Mieszkamy w Internecie, czemu więc banki nie przyjdą do nas, zamiast zapraszać do siebie?

wtorek, 01 września 2009
wtorek, 25 sierpnia 2009



Artykuł opublikowany dziś przez panią Magdalenę Górak wywołał burzę w szklance wody.
Patrzę na niego z podziwiem, albowiem jest on zły na tak wiele sposobów. Pozwolę sobie założyć, że pani Magda nie jest osobą głupią.  Powiem więcej, biorąc pod uwagę jej stanowisko, jest to raczej łebska babka, która poczuła potrzebę wrzucenia bułki w wentylator. I co gorsza, ktoś tę bułkę będzie musiał jutro przełknąć. Rzecz jasna, co bardziej aktywna społeczność blipa, to ludzie równie łebscy: potrafią podchwycić konwencję i być przy tym bezwzględni, bo jak mówi przysłowie "uchodzić za idiotę w oczach debila - rozkosz dla smakosza". Blip zapełnił się więc zdjęciami pokarmów i opisami czynności wszelakich, a wszystkie zbożowe, a wszystkie banalne. Natomiast dziwnym trafem, te same osoby sporządziły komentarze całkiem trafne, merytoryczne - wnoszące do sprawy więcej niż sam artykuł.

Nie ukrywajmy - sam artykuł pisany jest z pozycji osoby, dla której Twitter i Blip to jedno ( przemilczę nawet użycie słowa ćwierkać , bo wytykać takie coś,to poniżej ptaka. pasa. cios. nieważne.), ale opisywanie blipa jako strumienia świadomości dla ubogich duchem, to przesada. Ja wiem, że wielcy mówią o ideach, ci średni o wydarzeniach, a maluczcy o innych - więc nawet nie chce wnikać kto mówi tylko o sobie - ale na Boga jedynego w wydaniu poprawionym - jeśli już merytorycznie schodzimy do parteru - to czemu w tych zapasach nie ma kisielu?

Gdybym chciał napisać o blipie, zastosowałbym metodę wielkich zdobywców i odkrywców - to znaczy - złapałbym tubylca i go przepytał na okoliczność. Tudzież niedawno jeszcze było lato i #pogodzinach i pięknie mówiono na nim raz za razem co to blip ido czego służy... było to nawet zbieżne z rzeczywistością.  Można nawet w celu zdobycia wiedzy tajemnej "o co chodzi" zastosować środek drastyczny i ostateczny ( dwa w jednym. takie co.) - poświęcić trochę swojego czasu, a w nim własnoręczne skorzystać z tej zadziwiającej wciąż agencje reklamowo/marketingowe usługi. Starczyłoby to zupełnie, aby wzbogacić artykuł w treść rozsądną.

Zatem nie o to tu chodziło. Pani Magda (w niektórych społecznościach internetowych znana również jako Pani Bułka) musiała mieć inny zamysł. Bycie ignorantem w tej dziedzinie, tylko wydaje się  łatwe. Jestem pewien, że były tu grane pot i łzy i cały sztab osób przez zaciśnięte zęby, nie mógł, nie chciał, cierpiał, ale pisał to wszystko. A pani Magda mówiła szybciej i szybciej. A oni, że to nie piekarnia. A pani Magda, że się jeszcze niewiarygodnie zdziwią.  Skoro media2.pl to miejsce raczej branżowe, nie sądzę, żeby cała ta sytuacja była powiązana z promocją jakiejś kampanii.  Raczej było to włączenie się nie w porę do trwającej od dłuższego czasu dyskusji na temat mikroblogów. I jak zdania nie zaczyna się od 'i', to do rozmowy nie włączamy się zaczynając od "bułka". Skoro jednak już zrobił się szum, to czy i ktoś na tym ucierpi? Marka firmy? (nota bene jeszcze nieobecnej na blipie) Osobista marka pani Magdy? Jak sama przecież pisze - zajmuje się biciem piany wokoło własnej firmy. Sadzę jednak, że gdyby była to akcja w ramach promocji mojej firmy - postarałbym się raczej, żeby wpis na tym poziomie umieściła osoba na stanowisku innym niż, niż PR Manager.  Może jakis Bullshit Presales? Bo zakładam, że jest to jednak przemyślane działanie, którego następstwem jutro będzie dalsze pchanie się firmy na Blipa, ze znanym na hasłem "Teraz Kurwa My" na ustach. Naprawdę, chciałbym, żeby tak było. Alternatywa jest jeszcze gorsza.

piątek, 10 kwietnia 2009

Dużo by mówić. Niektórzy nie biorą ślubu i jadą do Londynu, inni nie biorą ślubu, wyprowadzają się i jadą do Madrytu...

ale to nie o mnie, ja po prostu musiałem się wyprowadzić. Wyprowadzka może przebiegać na wiele sposobów, ponieważ każdy jest inny, a mieszkań jest mniej.
Model klasyczny wygląda tak, że z rodzicami mieszka się aż do żony, a później są dwie drogi  socjalizm idealistyczny - gdzie  przeprowadzaci się do własnego szklanego domu, oraz socjalizm realny, w którym mieszkacie dalej, z rodzicami. W przypadku gdy jest się studentem, występuje również forma stadna - komunizm naukowy, w którym przedstawiciele klasy pijącej mieszkają razem. Często w wyniku tego powstają związki, które kończą się własną kawalerką, psem, stadem kotów oraz dzieckiem, a ewentualnie i ślubną parą pociechy.
Ale my nie o tym. My RaV, jako, że pary nie mamy, nie możemy wyprowadzić się do do wynajętego mieszkania samemu we dwoje. Z przyczyn ekonomicznych ( i można nie mówić o kryzysie?!) odpada również możliwość wynajęcia kawalerki na jedną osobę (co za marnotrawstwo miejsca !).  Całe moje mieszkanie to sprawa karmiczna. Do miejsca gdzie do tej pory spoczywałem wyprowadziłem się z domu rodzinnego głównie dlatego, że była tam dobra karma. Pokój miał potencjał, fajny widok z okna, kamienica, znajomi współlokatorzy, te sprawy. Po krótce - teraz nie. Zła karma. Jeśli istnieje ktoś kogo nie lubię, to jest to Gierek Głęboki.
Gierek Głęboki to facet który tu mieszka. Jestem o tym święcie przekonany, jak również o tym, że podobnie jak psy, tak i mieszkania upodabniają się do właściciela. To mieszkanie jest jakby robione dla niego na miarę. I ma z 20 cm mniej. Wszędzie. Łazienka jest różowa. Kuchnia jest różowa.  O wszystko zawadzam. Za to ściany w pokoju mam cieliste, a co nie jest cieliste, jest brązowe. Natomiast ozdoby zapatrzyły się chyba na złote zęby, o ile nie są czarne, bo wtedy prędzej na te zwykłe. Jednym słowem- Aaaaaaaaa ! Gierek zresztą, mimo iż różu trochę ma, to prawdziwy facet. Siermiężny,  prosty, kwadratowy, niech nie zwiedzie was fakt posiadania firanek. Interesuje się kulturą - ma nawet bohomazy, i sztuką - ma kryształowe popielniczki sztuk kilka. Wszystkiego dopełnia brązowy wazon w kszałcie "Co to kurwa jest!?" oraz Pan Jezusek, co całą noc nad głową mi ufa. Jeśli sądzicie, że malowane talerze zdobiące ścianę to sztuka wymarła lub wybita, nie macie racji. Mogę wam nawet powiedzieć która to ściana. Znalazłem tu również fenomenty polskiej myśli technicznej - lampkę połączoną ze stolikiem, zestaw wieszaków "a każdy inny" (zabawa na długie zimowe wieczory).   Tu zapewne moglibyście powiedzieć "nie takie rzeczy u nas na strychu". To ja wam powiem jedno "nie takie rzeczy u mnie w reszcie mieszkania". W kuchni ze ściany wystaje kabel z wtyczką. Nie pytam. W łazience z glazury wystają dwa pokrętła. Oba z maną. Nie kręcę. To mogą być takie jak w Rosji. Zakręcisz, a reszta Europy gazu nie ma.... o ile jest jeszcze Europa.
Najważniejsza jest jednak usability. Meble mają perfect fit. To znaczy szuflady i wszelkie elementy ruchome mebli pasują idealnie, jeśli się nie chce ich ruszyć. Jeśli chce, to przy braku zaparcia, dźwigni lub brutalnej siły - wszystko pozostaje na swoim miejscu i tak. Ogólne wrażenie jest takie - przygotowane jest na osobę postronną, małą, znikającą w tłumie - jednym słowem - łokice przy sobie, kolego. Między meblami przemykam, a wizyty w kuchni świadczą o tym, że panował tu klasyczny, szowinistyczny model związku. Facet nie wchodzi do kuchni, w wyniku czego - kuchnia jest różowa, wąska i poniżej mojej linii wzroku. Natomiast z drugiej strony, w kuchni jest włącznik światła. Pani domu była najwidoczniej praworęczna, aż do bólu, co gorsza mojego. Na razie opanowałem technikę włączania światła ręką lewą,  bo prawą musiałbym złamać w paru miejscach, żeby dosięgnąć włącznika umieszczonego strategicznie po prawej, tuż przy ściance "za korytarzykiem w prawo", na wysokości rozwścieczonego dwunastolatka.
To dużo przemyśleń jak na godzinę mieszkania, ale jest jeszcze tylko pół roku. Boję się myśleć co będzie później. Na przykład jutro.
poniedziałek, 09 marca 2009

Wena powoli się budzi, coś chce się pisać ,robić.... ale w prace sytuacja przypomina mi bajeczkę :


Banksy - The Bear and the Bee, Notting Hill

"Once upon a time there was a bear and a bee who lived in a wood and were the best of friends. All summer long the bee collected nectar from morning to night while the bear lay on his back basking in the long grass.

When Winter came the Bear realised he had nothing to eat and thought to himself 'I hope that busy little Bee will share some of his honey with me'. But the Bee was nowhere to be found - he had died of  a stress induced coronary disease".

 

niedziela, 28 grudnia 2008

Chciałbym zastosować pewien zabieg literacki - otóż, chciałbym życzyć wam wesołych świąt... po świętach.

 

 

Jak widzicie po kartce, cała kampania świąteczna przebiegała pod hasłem "Znajdź w sobie dziecko". Jak widzicie po tytule, było troszkę inaczej. Wszystkiemu winna jest dorosłość - gdy pod choinką znajduje się grandinę (syrop z granatów),  jedynym sposobem , żeby się pobawić prezentem jest zrobienie paru drinków. 

Co tu dużo mówić,  to były udane święta. Pierwszy raz od początku studiów niczego nie musiałem się uczyć, robić, zarywać nocy. Piękna rzecz. Brat z narzeczoną wyjechali w jej tereny rodzime, tym sposobem było nas niewiele, nie było aż tak dużo niepotrzebnego spinania się, przesadnego perfekcjonizmu - było spokojnie. 

To trochę jak z tym karpiem, wiesz? Większość nie lubi karpia. To tłusta, gruba ryba. Nikt takich nie lubi, mimo, że ważna.  Ponieważ jednak tradycja zobowiązuje karp jest i nie smakuje. Co roku. Skąd to się wzieło? Otóż tradycja.... to bardzo silna sprawa.  Nie tak dawno temu karpie miały łuski i nie były królewskie, a ku.... no, ciężko było. Najpierw trzeba było karpia dostać. Potem dzielić z nim wannę, później ostatni papieros i palenie szkodzi, bo karp nie żyje. Tutaj trzeba już tylko karpia oskrobać, przygotować, ogólnie rzecz biorąc - mamusia z tatusiem muszą się wielce najebać.

Wreszcie - mamy wieczór wigilijny. Mamusia podaje półmisek z karpiem w takiej czy innej postaci, ty dziękujesz. No ale jak to. 12 potraw, każdej trzeba spróbować. No, ale ty karpia nie lubisz. Jak to nie lubisz, zawsze jadłeś. No, ale to nie smakuje i nie będę się zmuszał. CO ?! MOJEGO KARPIA NIE ZJESZ ?!  To mojego - to nie bez przyczyny bo, ... Ja się tu męczę całe tygodnie, żeby do świąt, żeby ten karp, żeby wszystko tradycyjnie, a.... A TY MOJEGO KARPIA NIE ZJESZ? 

I przez te wszystkie tradycje, cały ten perfekcjonizm znów mamy tradycję i święta dołujące, deprymujące,  denerwujące - jednym słowem tra-dy-cyj-ne. 

Nie mówię, że tak jest u mnie. Ogólnie mało co mówię, siedzę patrzę i się nie odzywam, karpia żuję i nie marudzę. W międzyczasie za to, wymyślam właśnie wytłuaczenie dla fenomenu karpia i ogólnoświątecznej depresji. Pomijam epizody z szukaniem prezentów i całą tą świąteczną zawieruchą...  chyba najpiękniejsze święta były w dzieciństwie, gdy byliśmy nieświadomi tego zamieszania, mali pokraczni i z wielką furą prezentów.

Jakby mnie ktoś czegoś ode mnie potrzebował, to oświadczam, że powoli mam  dość dorosłości, siedzę w szafie i Narnii szukam. Ale tak ogólnie, to jest nieźle.

wtorek, 21 października 2008

Nie bójmy się tego powiedzieć - my sobie z Quaero czasem ten tego. Rozmawiamy. I czytamy się. I nawet się udało kiedyś spotkać i sę porozmawiać. Więc czasem ona mi zrobi dobrze, czasem ja jej i sobie wzajemnie czytamy. Ona mi takie książki pożyczy, poleci, ja jej owakie i jakoś to leci, jakoś kręci się.

Nie wiem już nawet czy to przez jej wpis (użyła obrazka, który cenię nad wyraz i aż żal, że nie wykorzystam go tu), czy może w wyniku rozmowy -  w kazdym razie, sięgnąłem po książkę "Generacja P". W moim przypadku ma to szczególne znaczenie - bo ze mnie jest kreatura, znaczy czuję, że mam ochotę coś tworzyć. Czy to slamy, czy to blogi, czy może kiedyś coś więcej... jeśli miałbym wznosić jakieś pijackie okrzyki to zapewne "Jeeeezu , ale mi się pisać chce!".Nie chciałbym teraz popełnić tego błędu co ze studiami - studia potrafią obrzydzić ci twoje zaintersowania. Ledwo ze swoich wyszedłem obronną ręką. Dlatego też, copywriter to fajny zawód, dla tego staram się nim nie być. Slogany, hasła, te sprawy- fajna rzecz. Propaganda jest mi bliska, pewnie nawet gdyby nie było informatyki, nie z przyczyn poglądowych, ale zawodowych takie 30-50 lat temu robiłbym w tym fachu. Teraz jednak - nie. Nie chciałbym sobie obrzydzić frajdy pisania do ludów. Boję się, że pisanie na akord może zabrać całą wenę. O tak.

A o czym jest ta książka? Quaero zabrała najsmakowitsze cytaty, więc mogę powiedzieć krótko - o tym, że wyżej dupy nie podskoczysz. Pisać można fajnie, ale trzeba na temat, pod kogoś dla kogoś. Ze pisanie to wszystko. I nie wszystko. Wszystko to polityka, układziki, światem rządzi pieniądz, a żydzi i  masoni zostali wrobieni. Nowa Rosja, nowych Ruskich, przypomina trochę Rosję z Mistrza i Małgorzaty, tak i ta tutaj jest pełna absurdów i fantastycznych wydarzeń. Jest fajnie, wszyscy się bawimy, autor i czytelnicy - jednak stwierdzam, że z tego odrealnionego świata, wiele rzeczy jest jednak prawdziwych. Niesamowite barwne wytłumaczenia, dla zwyczajnych ciemnych sprawek.... a zamiast "Bóg, Honor, Ojczyzna" mamy "Media, handel, konsumpcja".

 

Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż wierzę, że sztukę reklamy, można odzielić od marketingu. Jak również, że mimo iż posiada niechlubne zastosowanie, to propaganda, czasem jednak jest majstersztykiem i trzeba umieć to docenić. Do komunizmu mi daleko, jednak jedno trzeba przyznać, dzięki niemu ludzie potrafili  - żyć dla brandu, ginąć za design.

 

 


 

 

niedziela, 12 października 2008

 
   Czemu słonie tyle piją? Żeby zapomnieć. To trochę jak z tym facetem z jedną nogą dłuższą. Nie ważne jednak ile się zna kogoś, czasem już na początku wiadomo, że to ta osoba. Że z nią konie kraść i wie co znaczą te wszystkie dziwne wyrazy o które czasem się dopytuję... takie małe sprawdziany zbieżności kół zainteresowań i opon mózgowych. Niestety o dobrych znajomych coraz ciężej, a o 'zgraną paczkę' jeszcze ciężej - na taką paczkę zgraną od lat o wiele lat za późno... na spacerze po centrum i prawiestarówce byłem więc sam jeden. Czemu chodzę czasem na takie spacery? Żeby sobie przypomnieć. Bo ja mam bardzo dobrą pamięć, bo ja wszystko pamiętam kto, gdzie, czasem nawet i kiedy. I taki spacer przypomina mi, te wszystkie momenty które z jakiegoś powodu przychodzą na myśl, gdy mija się przystanek gdzie się pożegnało, kawiarnie gdzie się było, a nawet pub gdzie się piło, przejście dla pieszych gdzie się prawie przeszło na wprost tamten świat przez autobus, przystanek na którym wyczekało się nie jeden nocny...  i gdy dumnie kroczy się po Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie i innych uliczkach gdzie już się było to wszystko wraca.  Do tego można oglądać turystów, ludzi, szczęśliwe pary, grupki znajomych udające się ku przygodzie....  słucha strzępków rozmów... I nagle wiadomo, czego ci brakuje... ale jak się tak idzie, słucha, to prawie jakby mieć życie. Może nie osobiste, ale miło wyjść i zdobyć pewność, co prawda nie siebie, ale całej reszty, że nie wszystko się zmieniło. Ludzie wyglądają  za każdym razem troszkę inaczej, rozmowy dotyczą troszkę innych tematów, jednak życie w ogólym tego słowa znaczneiu toczy się mniej więcej dalej.  
 
   Szkoda tylko, że dopiero teraz wiem, jak chciałbym spędzić studia. Trochę za to za późno, niestety - doświadczenie przychodzi po czasie. No ale cóż, nikt nie jest tak na prawdę studentem we własnym mieście.
 
  Drodzy fani, jeśli istniejecie - cieszcie się! Wracam na fali marudzenia, smęcenia. Będzie tego dużo, nie dla tego że jest jesień, a właśnie dla tego, że jest jesień.  Bo jesień to ulubiona pora i najwięcej daje do myślenia.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21