Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
niedziela, 16 sierpnia 2009
poniedziałek, 27 lipca 2009

 

Bo niektóre spotkania warto uwiecznić.

 

piątek, 10 kwietnia 2009

Dużo by mówić. Niektórzy nie biorą ślubu i jadą do Londynu, inni nie biorą ślubu, wyprowadzają się i jadą do Madrytu...

ale to nie o mnie, ja po prostu musiałem się wyprowadzić. Wyprowadzka może przebiegać na wiele sposobów, ponieważ każdy jest inny, a mieszkań jest mniej.
Model klasyczny wygląda tak, że z rodzicami mieszka się aż do żony, a później są dwie drogi  socjalizm idealistyczny - gdzie  przeprowadzaci się do własnego szklanego domu, oraz socjalizm realny, w którym mieszkacie dalej, z rodzicami. W przypadku gdy jest się studentem, występuje również forma stadna - komunizm naukowy, w którym przedstawiciele klasy pijącej mieszkają razem. Często w wyniku tego powstają związki, które kończą się własną kawalerką, psem, stadem kotów oraz dzieckiem, a ewentualnie i ślubną parą pociechy.
Ale my nie o tym. My RaV, jako, że pary nie mamy, nie możemy wyprowadzić się do do wynajętego mieszkania samemu we dwoje. Z przyczyn ekonomicznych ( i można nie mówić o kryzysie?!) odpada również możliwość wynajęcia kawalerki na jedną osobę (co za marnotrawstwo miejsca !).  Całe moje mieszkanie to sprawa karmiczna. Do miejsca gdzie do tej pory spoczywałem wyprowadziłem się z domu rodzinnego głównie dlatego, że była tam dobra karma. Pokój miał potencjał, fajny widok z okna, kamienica, znajomi współlokatorzy, te sprawy. Po krótce - teraz nie. Zła karma. Jeśli istnieje ktoś kogo nie lubię, to jest to Gierek Głęboki.
Gierek Głęboki to facet który tu mieszka. Jestem o tym święcie przekonany, jak również o tym, że podobnie jak psy, tak i mieszkania upodabniają się do właściciela. To mieszkanie jest jakby robione dla niego na miarę. I ma z 20 cm mniej. Wszędzie. Łazienka jest różowa. Kuchnia jest różowa.  O wszystko zawadzam. Za to ściany w pokoju mam cieliste, a co nie jest cieliste, jest brązowe. Natomiast ozdoby zapatrzyły się chyba na złote zęby, o ile nie są czarne, bo wtedy prędzej na te zwykłe. Jednym słowem- Aaaaaaaaa ! Gierek zresztą, mimo iż różu trochę ma, to prawdziwy facet. Siermiężny,  prosty, kwadratowy, niech nie zwiedzie was fakt posiadania firanek. Interesuje się kulturą - ma nawet bohomazy, i sztuką - ma kryształowe popielniczki sztuk kilka. Wszystkiego dopełnia brązowy wazon w kszałcie "Co to kurwa jest!?" oraz Pan Jezusek, co całą noc nad głową mi ufa. Jeśli sądzicie, że malowane talerze zdobiące ścianę to sztuka wymarła lub wybita, nie macie racji. Mogę wam nawet powiedzieć która to ściana. Znalazłem tu również fenomenty polskiej myśli technicznej - lampkę połączoną ze stolikiem, zestaw wieszaków "a każdy inny" (zabawa na długie zimowe wieczory).   Tu zapewne moglibyście powiedzieć "nie takie rzeczy u nas na strychu". To ja wam powiem jedno "nie takie rzeczy u mnie w reszcie mieszkania". W kuchni ze ściany wystaje kabel z wtyczką. Nie pytam. W łazience z glazury wystają dwa pokrętła. Oba z maną. Nie kręcę. To mogą być takie jak w Rosji. Zakręcisz, a reszta Europy gazu nie ma.... o ile jest jeszcze Europa.
Najważniejsza jest jednak usability. Meble mają perfect fit. To znaczy szuflady i wszelkie elementy ruchome mebli pasują idealnie, jeśli się nie chce ich ruszyć. Jeśli chce, to przy braku zaparcia, dźwigni lub brutalnej siły - wszystko pozostaje na swoim miejscu i tak. Ogólne wrażenie jest takie - przygotowane jest na osobę postronną, małą, znikającą w tłumie - jednym słowem - łokice przy sobie, kolego. Między meblami przemykam, a wizyty w kuchni świadczą o tym, że panował tu klasyczny, szowinistyczny model związku. Facet nie wchodzi do kuchni, w wyniku czego - kuchnia jest różowa, wąska i poniżej mojej linii wzroku. Natomiast z drugiej strony, w kuchni jest włącznik światła. Pani domu była najwidoczniej praworęczna, aż do bólu, co gorsza mojego. Na razie opanowałem technikę włączania światła ręką lewą,  bo prawą musiałbym złamać w paru miejscach, żeby dosięgnąć włącznika umieszczonego strategicznie po prawej, tuż przy ściance "za korytarzykiem w prawo", na wysokości rozwścieczonego dwunastolatka.
To dużo przemyśleń jak na godzinę mieszkania, ale jest jeszcze tylko pół roku. Boję się myśleć co będzie później. Na przykład jutro.
poniedziałek, 09 marca 2009

Wena powoli się budzi, coś chce się pisać ,robić.... ale w prace sytuacja przypomina mi bajeczkę :


Banksy - The Bear and the Bee, Notting Hill

"Once upon a time there was a bear and a bee who lived in a wood and were the best of friends. All summer long the bee collected nectar from morning to night while the bear lay on his back basking in the long grass.

When Winter came the Bear realised he had nothing to eat and thought to himself 'I hope that busy little Bee will share some of his honey with me'. But the Bee was nowhere to be found - he had died of  a stress induced coronary disease".

 

czwartek, 22 stycznia 2009

kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu.

 kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu.

 kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu.

 kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu.

 kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu.

 kiedyś nie miałem czasu.  kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. 

kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. 

kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. 

kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. kiedyś nie miałem czasu. 

kiedyś nie miałem czasu. teraz mam.

niedziela, 28 grudnia 2008

Chciałbym zastosować pewien zabieg literacki - otóż, chciałbym życzyć wam wesołych świąt... po świętach.

 

 

Jak widzicie po kartce, cała kampania świąteczna przebiegała pod hasłem "Znajdź w sobie dziecko". Jak widzicie po tytule, było troszkę inaczej. Wszystkiemu winna jest dorosłość - gdy pod choinką znajduje się grandinę (syrop z granatów),  jedynym sposobem , żeby się pobawić prezentem jest zrobienie paru drinków. 

Co tu dużo mówić,  to były udane święta. Pierwszy raz od początku studiów niczego nie musiałem się uczyć, robić, zarywać nocy. Piękna rzecz. Brat z narzeczoną wyjechali w jej tereny rodzime, tym sposobem było nas niewiele, nie było aż tak dużo niepotrzebnego spinania się, przesadnego perfekcjonizmu - było spokojnie. 

To trochę jak z tym karpiem, wiesz? Większość nie lubi karpia. To tłusta, gruba ryba. Nikt takich nie lubi, mimo, że ważna.  Ponieważ jednak tradycja zobowiązuje karp jest i nie smakuje. Co roku. Skąd to się wzieło? Otóż tradycja.... to bardzo silna sprawa.  Nie tak dawno temu karpie miały łuski i nie były królewskie, a ku.... no, ciężko było. Najpierw trzeba było karpia dostać. Potem dzielić z nim wannę, później ostatni papieros i palenie szkodzi, bo karp nie żyje. Tutaj trzeba już tylko karpia oskrobać, przygotować, ogólnie rzecz biorąc - mamusia z tatusiem muszą się wielce najebać.

Wreszcie - mamy wieczór wigilijny. Mamusia podaje półmisek z karpiem w takiej czy innej postaci, ty dziękujesz. No ale jak to. 12 potraw, każdej trzeba spróbować. No, ale ty karpia nie lubisz. Jak to nie lubisz, zawsze jadłeś. No, ale to nie smakuje i nie będę się zmuszał. CO ?! MOJEGO KARPIA NIE ZJESZ ?!  To mojego - to nie bez przyczyny bo, ... Ja się tu męczę całe tygodnie, żeby do świąt, żeby ten karp, żeby wszystko tradycyjnie, a.... A TY MOJEGO KARPIA NIE ZJESZ? 

I przez te wszystkie tradycje, cały ten perfekcjonizm znów mamy tradycję i święta dołujące, deprymujące,  denerwujące - jednym słowem tra-dy-cyj-ne. 

Nie mówię, że tak jest u mnie. Ogólnie mało co mówię, siedzę patrzę i się nie odzywam, karpia żuję i nie marudzę. W międzyczasie za to, wymyślam właśnie wytłuaczenie dla fenomenu karpia i ogólnoświątecznej depresji. Pomijam epizody z szukaniem prezentów i całą tą świąteczną zawieruchą...  chyba najpiękniejsze święta były w dzieciństwie, gdy byliśmy nieświadomi tego zamieszania, mali pokraczni i z wielką furą prezentów.

Jakby mnie ktoś czegoś ode mnie potrzebował, to oświadczam, że powoli mam  dość dorosłości, siedzę w szafie i Narnii szukam. Ale tak ogólnie, to jest nieźle.

piątek, 19 grudnia 2008

nie wiem czemu,
nasze kłótnie muszą być takie banalne.


twoja matka nie jest moim ulubionym tematem, 
ale kiedy o tym mówię
wcale tego nie słuchasz,

wtedy - szybko muszę cię zdenerować
gdy wpadasz w szał, to chcesz,
 żebym w końcu pozmywał psa, albo wyprowadził naczynia.


to już lepiej, bo wspólnie śmiejemy się z ciebie w duchu
i mija to całe niepotrzebne napięcie.


a przeciez moglabys w zapalczywym gniewie
pokłócić się ze mną ,
na jakieś donioślejsze tematy,


oboje wiemy jak i gdzie to się skończy


dawniej ludzie kłócili się do upadłego
o ruchy słońca i ziemi i ....

i myślę, że to to dobry powód do kłótni
w takim kontekście łatwiej  jest się godzić
choć nasze ciała nie są niebieskie.

/RaV/ 

niedziela, 30 listopada 2008

     Co wspólnego mają te dwie rzeczy? W sumie - bardzo dużo. Adwent, jak się dowiedzieć można w kościele, to sprawa kluczowa dla zielonej choinki i propagandy czerwonego mikołaja - bowiem, mamy się do tego przygotować, na tyle, żeby pamiętać jeszcze o otworzeniu księdzu (duże, czarne, puka w szybkę) i odwiedzeniu Boga w wersji infanckiej ( leży w żłobie. nie, nie w supermarkecie na promocjach). No dobrze. Nie chodzi tym razem o pieniądze, o pieniądzach będzie następnym razem.Chodzi o noworoczne postanowienia, czyli plany na rok przyszły... a stąd do kasy już blisko.

   A teraz pomyślmy o naszych wszystkich noworocznych postanowieniach. Być ogarniętym,  czytać więcej, pracować mniej , więcej mięśni, mniej tłuszczu, pojechać hen daleko, być super super, albo jeszcze lepszym, znaleźć sobie drugą połowę segregując przy tym śmieci i w ogóle, to schudnąć. (Pozdrawiam czytelniczki).  I co?

  Jak co roku gówno.  Wishful thinking to nie jest dobry pomysł. Do postanowień noworocznych warto przygotować się już wcześniej. Potraktować to jak jakiś projekt. Może to moje zboczenie informatyczne, ale jednak - co mogę staram się...ekhm...ustrukturalnić.

 Więc taki projekt to zazwyczaj ma termin realizacji, budżet, zakres i w końcu plan. Pomińmy budżet, jesteśmy dla siebie przecież bardzo ważni, więc koszt nie ma znaczenia. Termin? Dajmy na to do końca roku. Tudzież, do pierwszego pokazania nagiego torsu ( w wersji dla panów) lub nóżek z przyległościami (wersja dla pań). Zresztą wasze życie, róbcie co chcecie - ja tylko mówię, że trzeba jakoś te postanowienia ładnie ubrać w słowa.  Zostaje teraz najgorsza trójca- zakres ,plan i o zgrozo, trudne słowo (humaniści pewnie tu zrezygnują) metryki. Zakres - czyli jak bardzo zajebiście ma być, ale tak po ludzku, słowami. Metryka...czyli jakiś taki wskaźnik. Coś co pozwoli nam określić, jak blisko jesteśmy celu. Ostatni element, to plan działania. Z samego życzenia sobie, nic się nie stanie. Musimy określić w jaki sposób to zrobimy.

 Posłużę się abstrakcyjnym dla mnie przykładem  - Chcecie schudnąć (bo ja, ja to  nie muszę).

Kiedy?

 Wiadomo - majowy weekend, jedziemy i chcemy wyglądać.

Jak?  (w formie zakresu)

 Wiadomo - Chcemy wyglądać zajebiście. Po całości.

To znaczy? (metryka)

Chcę wejść w te spodnie sprzed gorącego romansu z kuchnią włoską.

Jakim cudem? (przecież to nie ma prawa wyjść)

A wcale że nie. bo będę

-ćwiczyć (taaa, ty i te twoje ćwiczenia)

- (no to) codziennie będę rano ćwiczyć kwadrans

- raz w tygodniu na basen 

- i będę biegać do autobusu ( żadna nowość, śpiochu)

 

 

I dupa (urosła) , znów nie wyszło.

To jest właśnie najważniejszy element. Spodnie nie pasują, weekend majowy właśnie się zaczyna - więc szukamy winnych. Wiadomo, druga połowa nie wspierała. Potrzebny jest więc ktoś kto będzie pilnował. Warto o tym pamiętać.Dajemy takiej osobie prawo pilnować nas, krytykować i obietnicę, że za to fochów nie będzie, bo to dla naszego dobra.

To co sukces? Jest szansa.

Jeśli jednak nie - wtedy warto zastanowić się, dlaczego nie wyszło. I co możnaby zmienić. Lub jeszcze lepiej -  jeśli nie widzimy zupełnie zmian jeszcze w trakcie realizacji planu, zastanowić się - dla czego i od razu wymysleć plan awaryjny. Np w długi weekend założyć worek na śmieci. W końcu czerń pasuje do wszystkiego. Albo nie dość, że ćwiczyć, to żreć mniej.

Czego wam życzę, RaV Ogarniacz.

 

Jeśli chcecie poznać fantastyczne i olśniewające sposoby na ogarnięcie domowego budżetu w nadchodzącym roku, dajcie znać. Jeśli macie jakieś inne pomysły na ogarnięcie się, również. Każdy komć wzbudza prąć. Czy jakoś tak. 

 

czwartek, 13 listopada 2008

Coraz częściej można mnie zastać wyłącznie na blipie, przez co np. parę osób sądzi, że mogę być z Agory, bo tam tyle osób czytam i nie tylko. Z niektórymi osobami, chociaż na żywo się nie znamy, zdarza się i porozmawiać...

 

june : oraz mówta se, co chceta, militarn gen kazał mi się wzruszyć na apelu poległych.
http://blip.pl/s/4707704 centralnie w złej epoce się urodziłam. idę se zaraz trylogię poczytać, czy cuś?

elpanda : spokojnie, jeszcze pare lat i bedziemy miec konflikt z rosja. poza tym w wojsku zadna frajda. lepiej byc niezaleznym konsultantem. znaczy partyzantem

june: będę generałem!
elpanda: ale jako generał to ja będę rządzić
elpanda: tak? to ja chce tankietke

june: chyba markietankę
elpanda: wozilbym ja tankietka. a za nami, zamiast przyczepy  taczanka
june: i trojka?
june: i katiusza?
elpanda: june eh, teraz m sie zachcialo stepow i rosyjskich ksiezniczek. dzieeeeki, wieeeesz.
june: sooorryyyy, azja tuhajbejowicz Ci się włączył!
elpanda: taaak. a od tego pali w kroczu. 

wtorek, 21 października 2008

Nie bójmy się tego powiedzieć - my sobie z Quaero czasem ten tego. Rozmawiamy. I czytamy się. I nawet się udało kiedyś spotkać i sę porozmawiać. Więc czasem ona mi zrobi dobrze, czasem ja jej i sobie wzajemnie czytamy. Ona mi takie książki pożyczy, poleci, ja jej owakie i jakoś to leci, jakoś kręci się.

Nie wiem już nawet czy to przez jej wpis (użyła obrazka, który cenię nad wyraz i aż żal, że nie wykorzystam go tu), czy może w wyniku rozmowy -  w kazdym razie, sięgnąłem po książkę "Generacja P". W moim przypadku ma to szczególne znaczenie - bo ze mnie jest kreatura, znaczy czuję, że mam ochotę coś tworzyć. Czy to slamy, czy to blogi, czy może kiedyś coś więcej... jeśli miałbym wznosić jakieś pijackie okrzyki to zapewne "Jeeeezu , ale mi się pisać chce!".Nie chciałbym teraz popełnić tego błędu co ze studiami - studia potrafią obrzydzić ci twoje zaintersowania. Ledwo ze swoich wyszedłem obronną ręką. Dlatego też, copywriter to fajny zawód, dla tego staram się nim nie być. Slogany, hasła, te sprawy- fajna rzecz. Propaganda jest mi bliska, pewnie nawet gdyby nie było informatyki, nie z przyczyn poglądowych, ale zawodowych takie 30-50 lat temu robiłbym w tym fachu. Teraz jednak - nie. Nie chciałbym sobie obrzydzić frajdy pisania do ludów. Boję się, że pisanie na akord może zabrać całą wenę. O tak.

A o czym jest ta książka? Quaero zabrała najsmakowitsze cytaty, więc mogę powiedzieć krótko - o tym, że wyżej dupy nie podskoczysz. Pisać można fajnie, ale trzeba na temat, pod kogoś dla kogoś. Ze pisanie to wszystko. I nie wszystko. Wszystko to polityka, układziki, światem rządzi pieniądz, a żydzi i  masoni zostali wrobieni. Nowa Rosja, nowych Ruskich, przypomina trochę Rosję z Mistrza i Małgorzaty, tak i ta tutaj jest pełna absurdów i fantastycznych wydarzeń. Jest fajnie, wszyscy się bawimy, autor i czytelnicy - jednak stwierdzam, że z tego odrealnionego świata, wiele rzeczy jest jednak prawdziwych. Niesamowite barwne wytłumaczenia, dla zwyczajnych ciemnych sprawek.... a zamiast "Bóg, Honor, Ojczyzna" mamy "Media, handel, konsumpcja".

 

Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż wierzę, że sztukę reklamy, można odzielić od marketingu. Jak również, że mimo iż posiada niechlubne zastosowanie, to propaganda, czasem jednak jest majstersztykiem i trzeba umieć to docenić. Do komunizmu mi daleko, jednak jedno trzeba przyznać, dzięki niemu ludzie potrafili  - żyć dla brandu, ginąć za design.

 

 


 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55