Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
czwartek, 17 grudnia 2009

Sądzę, że palenie pozwala osobom nieśmiałym nawiązywać kontakty. Nie mówię tu tylko o trywialnych pogawędkach w pracy, bo przecież ja nie mam pracy, ale zwróćcie uwagę na to, o ile łatwiej jest być wtedy dość cynicznym skurwysynem.

Można dajmy na to podejść do laski, która się właśnie spodobała i rozpocząć rozmowę dość luźnym i niewinnym nawiązaniem do Bożego Narodzenia "Hej mała, nie wiem skąd biorą się takie piękności, ale dymałbym cię całą drogę na święta do twoich rodziców." No, ale o co chodzi z tym paleniem? W takiej sytacji jest ono dla nieśmiałych kluczem do sukcesu. Otóż fajka w zębach, w obawie przed oparzeniem, zmniejsza w znacznym stopniu szansę na zebranie po pysku.

Zastanawiacie się pewnie czemu więc nie palę? Jako osoba nie dość, że nieśmiała to jeszcze inteligentna wiem, że zebrać można nie tylko po pysku, a oprócz serca bardzo wrażliwe mam też i inne rejony.


PS.

Teraz będzie ogłoszenie, do czytaczek. Jeżeli tej zimy, wieczorową porą, w mroźnej Warszawie  podejdzie do was i sprzeda wam powyższy tekst pewien niepalący romantyk, to pewie będzie pijany - proponuję nie zabijać, przytulić ze zrozumieniem i zabrać na noc do domu. Nie można pozwolić, żeby ten rzadki gatunek wyginął... z tego czy innego powodu.

23:08, elpanda
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 grudnia 2009

Dawno temu widziałem "Mężczyzn...", napisałem nawet wpis o tym, jednak jakoś się nie złożyło, żebym go opublikował. Teraz w ramach porządków znajduję takie niebogi i pewnie parę ich się jeszcze pojawi.

 

 

Mógłbym więc napisać, że tytuł sztuki nawiązuje do "Kobiety na skraju załamania nerwowego" Almodovara, sama natomiast autorka sztuki -Anna Burzyńska uważa, że dla niej najciekawsze jest pisanie o tym, czego nie znam z osobistego doświadczenia - kryzysie męskim. O tym wszystkim dowiedziałem się jednak po spektaklu, czytając wywiad w sieci.

Mógłbym nawet użyć paru górnolotnych, acz uczonych słów, mających wprowdzić czytelnika w zakłopotanie, czy też sprawić, iż poczuje się on gorszy, ponieważ nie był w teatrze. Gdybym stwierdził, że "bohaterowie sztuki próbują znaleść ekwilibrium pomiędzy pogonią za transcdendentnym dla nich szczęściem, a korzystaniem z jego surogatu zapewnianego przez wszechogarniający konsumpcjonizm i gre pozorów jaka ma miejsce w postindustrialnym społeczeństwie, w którym przecież radzą sobie zresztą doskonale" -  pomimo faktu, iż ten bełkot właśnie wymyśliłem - mogłoby się nawet okazać , że nie dość że on coś znaczy, to jeszcze może być bliski prawdy. Lepiej więc opiszę to w bardziej przyswajalny sposób.

Porzućmy zatem przypuszczenia - sztuka opowiada o czterech facetach którzy radzą sobie z kobietami i nie tylko, zarówno w pracy, domu jak i na drodze pomiędzy nimi. Łączy ich "męska przyjaźń", a oni muszą być zajebiści i są zajebiści, bo inaczej by ich już dawno nie było. Wyścig szczurów, trzydzieste piętro biurowców szkalnych drzwi - wszystko to w zasięgu ręki, o krok, rzecz jasna w butach z krokodylej skórki, bo karty już dawno były rozdane, a wszystkie złote i bez limitów. Panowie też nie mają ograniczeń, panowie nie mają życia, ale bardzo dobrze udają, radzą sobie, bo na tym polega ta gra - pełna pozorów, poczucia humoru i wszystkiego, co tylko pozwoli widzom gładko przełknąć gorzką pigułkę. Bo przecież o to w tej sztuce chodzi, nie wytykać palcem, ale delikatnie dźgnąć w to co nas boli. Zróbmy coś z życiem, zróbmy coś dla sztuki, wyjdźmy ze spektaklu 5 minut przed końcem. Zanim będzie za późno.

19:52, elpanda
Link Dodaj komentarz »

Do zniknięcia z sieci przyczyniło się parę rzeczy - komunikacja w sieci i facebookowa rozrywka to straszny pożeracz czasu. Co prawda tego czasu mam teraz bardzo dużo, ale można go marnować naprawdę dużo. Wierzcie mi, byłem tam. Unikalny układ braku pracy, końcówki roku i świecącej na czerwono gwiazdy elpandy, to świetny moment, żeby zająć się sobą.

W tym roku szczególnie interesuje się mediami społecznymi, a w okresie świątecznym będzie tam wrzało - postaram się więc uniknąć niepotrzebnego zachodu. Inna sprawa, że po długim okresie używania, trzeba sprawdzić czy wciąż się da 'bez'. Sądzę również, że jest to pewnego rodzaju eksperyment - jak żyje się bez facebooka, blipa (jeśli wcześniej było się tak zwanym 'hard userem')- w lekkim wykluczeniu - dzięki temu będę miał zapewne temat na dość ciekawy wpis o życiu w sieci.

Kolejny element to - lifehacking - jako, że jestem jego wielkim fanem - chcę sprawdzić jak udało mi się skonfigurować sobie życie i co można zrobić lepiej. W tym roku prowadziłem budżet osobisty ( do feralnego momentu utraty pracy), staram używać się kalendarza - wszystko to jednak 'bardziej na dotyk'. Teraz będę miał czas zastanaowić się co, jak i to opisać. Postanowienia noworoczne - nie wierzę w nie. Jednak uważam, że warto robić sobie podsumowanie roku i wyznaczać cele - biorąc pod uwagę brak pracy - wreszcie mogę na spokojnie, sam ze sobą usiąść i spojrzeć na mijający rok. Napisałem, że był ciężki i to prawda. Kończę go dla tego, że po każdym projekcie warto zrobić analizę 'post mortem'. Co można było zrobić lepiej, co zrobiono źle.

Ponieważ wciąż wierzę, że najbardziej interesuje mnie praca jako analityk IT/biznesowy - to powinienem umieć określić te wszystkie zabawne dokumenty jak paksudne trio 'wizja,misja,strategia', wyznaczać cele, plany no i - modelować procesy. Oznacza to tyle, że GTD - getting things done, do której tak szczerze - nigdy nie mogłem się przekonać - zamierzam zastąpić OSR - 'ogarnij się rav'. Zbierałem się do tego ponad dwa lata, myślę, że najwyższa pora coś w tym temacie zrobić.

Rzecz jasna przyziemne rzeczy jak święta, sylwester, spotkania - też wystąpią - dlatego należy się do nich przygotować, wypełnić tasklisty, opróźnić tasklisty - i sprawdzić, czy świat poradzi sobie mając mnie jedynie na wyciągnięcie telefonu, lub sięgnięcie do maila. Myślę, że w dość radykalny sposób staram się zrobić to, czego wy wszyscy chyba też pragniecie. Znaleźć trochę czasu i miejsca dla siebie.

PS Nie, jeszcze nie mam syndromu odstawiennictwa.

15:19, elpanda
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 grudnia 2009

[adnotacja]

Ponieważ parę osób było dość zaaferowanych postanowieniem, lub jego wydźwiękiem - przeczytajcie lepiej to.

[koniec adnotacji]

 

W obliczu nieprzezwyciężalnych sytuacji i nieubłagalnych wydarzeń które miały w tym roku miejsce, kończy się on dzisiaj. Nie mam na niego więcej siły i ochoty, więc pozwolę sobię  na małe wyparcie (przecież to tylko 18 dni), oraz lekkie wykluczenie. Wciąż będę dostępny pod telefonem, mailem - zamierzam jednak unikać komunikatorów, serwisów społecznościowych, blipa, a również i w jak największym stopniu komputera.

Bo nikt inny mi tak nie poradzi, jak ja sam sobie będę musiał.



PS, do wszystkich zainteresowanych osobą moją i nie tylko

-jeśli nie znacie mojego regularnego maila, to jest alternatywny mailto: elpanda@gazeta.pl
-jeśli znajdziecie naprawdę ciekawe artykuły z tematyki SocialMedia - podsyłajcie proszę na maila.
-jeśli natomiast ktoś ma równie dość jak ja, zapraszam do przyłączenia się.

17:55, elpanda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 października 2009

AdTaily to platforma pozwalająca na zamieszczanie reklam w mediach społecznych. Warto zwrócić uwagę, że nie mówimy tylko o blogach, gdyż dostępne są również mikroblogi i zwykłe strony, a jestem pewien, że wachlarz możliwości będzie się wciąż poszerzał. W przypadku śmierci jednego z wyżej wymienionych oznacza to tylko tyle, że  naszej internetowej ośmiornicy reklamowej w wyniku naturalnej kolei rzeczy zużyje się moralnie i odpadnie jedna nóżka (medium społeczne znaczy) - nie zabije to jej samej. Może nawet coś w między czasie wyrośnie. Cóż za wszechstronność.


Pozostałymi wartymi wspomnienia cechami platformy jest łatwość jej obsługi i dodania reklamowego boxa gdzie bądź, oraz - stosunkowo niewielka cena wykupienia reklamy. Rzecz jasna - z ceną jest tu różnie, określa ją bowiem sam (dla uproszczenia) bloger. Z jednej strony - ma on satysfakcjonujący zysk, z drugiej jednak - nie zawsze kwota jest adekwatna do ilości wyświetleń. Jednym słowem - spekulacja i konsumpcja, podaż i popyt, rock'n'roll i jazda. Prawo jazdy prawem jazdy, prawa rynku prawami rynku, natomiast warto zastanowić się nad strategią wyceniania. Możemy zrobić to "na biedronkę", lub "po bożemu".  Na biedronkę - czyli "dużo, a tanio" - bazujemy na nieprzebranej ilości chętnych na naszą przestrzeń reklamową - kusimy niską ceną, więc możemy wyświetlać parę reklam jednocześnie, a czas w którym boxy są wykorzystywane również będzie większy.. Metoda "po bożemu" to nic innego jak czekanie na Boską interwencję, w wyniku której ktoś wykupi pojedynczą, naszą i niebotycznie drogą przestrzeń reklamową – co rzecz jasna ustawi nas na całe życie.

Po drugiej stronie barykady również czekają nas trudne wybory. Jak? Gdzie? Kiedy? Komu? – przecież za tą samą cenę dostępne są blogi o zupełnie różnych charakterystykach – ilości wyświetleń, grupie docelowej i wszystko to o czym można sobie wymyśleć. Podczas gdy niektóre z tych danych to twarde fakty i dostępne dla nas liczby, to w dużej mierze jednak większość bardziej na dotyk i wyczucie. Tu wkracza jednak prężna społeczność która wyczuła koniunkturę - firmy tworzące banery (obrazki 125x125 prezentowane przez AdTaily), polecające boxy (przestrzenie reklamowe) w miejscach wartych uwagi, lub budujące całe kampanie reklamowe w oparciu o AdTaily oraz inne media społeczne epoki web 2.0.

Na chwilę chciałbym wrócić jeszcze do tematu zamieszczania reklamy - o ile sam proces jest dość prosty - nie zawsze jest on automatyczny- wciąż bowiem (nadal upraszczając) blogerzy jeśli chcą, mogą moderować. Komplikuje to trochę sytuację, zakładając bowiem, że reklamodawca chce "teraz już", musi czekać, a może przecież zostać odrzucony. Czy to dobrze? Sądzę, że tak - pozwala bowiem dobrać interesujące nas reklamy - czy to pod względem kolorystyki (przecież nie wszystko może pasować do szablonu), przekazu, a również marki. Wiadomo przecież, że niektóre firmy są przez nas lubiane mniej, inne bardziej - czemu wreszcie konsument może dać wyraz. Uważam, że jest to dość ciekawa sytuacja, w której nielubiana marka może mieć problemy nie tylko z dotarciem do klientów, ale również z możliwością reklamy.  Czyżby były to przejawy rynku prosumenta?

Podsumowując:
-AdTaily to rozwijająca się, wszechstronna platforma reklamy w społecznościach internetowych
-Próg wejścia dla  reklamodawcy jest niski (inna kwestia to skuteczność), natomiast od strony osoby udostępniający przestrzeń reklamową, próg ten praktycznie nie istnieje.
-Istnieje natomiast możliwość moderowania publikowanych treści
-Kasa misiu kasa
-I wszyscy są zadowoleni
-Zwłaszcza liczna grupa tworzących się wokół AdTaily firm świadczących usługi

czwartek, 17 września 2009

Moronik, społeczność niechcianych znajomych.

Temat mikroblogów powoli robi się dla mnie nudny, od strony #socialmedia, bo właściwie każdy kto z tego korzysta, jest specjalistą w tym temacie. Rzeszę specjalistów zasilił co gorsza młody narybek, liczne grono wyedukowanych obywateli z klasą. Są to oburzeni nacjonaliści, którzy z hasłem "naród portal to my" śledzia sobie byle gdzie wcisnąć nie dadzą.


Fascynuje mnie ilość łańcuszków, mających w duchu usunięcie śledzika, powołujących się na administrację, która ma to gdzie indziej. Wydawać by się mogło, inteligentni ludzie,pobierający edukację na najróżniejszych poziomach, człowiek im nawet pożyczał kredki, żeby ich w tym rozwoju wspierać i wychodzi na to, że nic takie działanie nie dało. Wykształceni, ale kretyni.

Ich rekacji jednak się nie dziwię. W mojej opinii, nasza-klasa, grono - to dość skostniałe środowiska. W dużej mierze, ci otwarci na zmiany są już na facebooku. O tych, którzy korzystają na porządku dziennym z naszej klasy, nie mam najlepszego zdania - uważam natomiast, że głównie korzystają z tego portalu w celu zamieszczania zdjęć i komentowania zdjęć. Po co?Pokazać zdjęcia z urlopu, ślubu, porodu - ogólnie pokazują na co ich stać. Jakakolwiek zmiana w portalu, to konieczność nauki, to dyskomfort związany ze zmianą. Ten sam, którego starają się uniknąć. Wprowadzenie przez grono blimpa jakiś czas temu, miało podobny efekt - opór materii, jednak zmiana była nieznaczna, rozwiązanie przypomina bardziej facebookowe statusy, niż mikroblogging - więc jednak udało się to przeforsować. Szkoda, że NK nie potrafiła nauczyć się na cudzych błędach.


Mam wrażenie, że portal (przynajmniej ten), nie zna dość dobrze swojej społeczności. Biorąc pod uwagę, falę protestów jaką wywołuje zmiana układu strony - należałoby przypuszczać, że wrzucenie na główny panel wielkiego okna z masą mordek i napisów - nie pozostanie niezauważone. Osoba, która uzbierała setkę znajomych, z większością których mówiła sobie tylko "cześć" - niekoniecznie po latach będzie miała im dużo do powiedzenia. Niekoniecznie też, będzie chciała słuchać tego co oni mają do powiedzenia. Przeglądanie zdjęć jest proste i to ty wybierasz co i jak. Oglądanie masy statusów na dzień dobry, to gwałt przez oczy.
Rozumiem, że NK postarała się szybko i skutecznie zbudować community. W czasach gdy na blipie mozolnie, jeden po drugim zyskujesz obserwowanych - tutaj nagle dostajesz ich gratisem. Jest to trochę sprzeczne z ideą mikrobloggingu - gdzie ty wybierasz kogo obserwujesz, na podstawie tego co pisze. Sieci społeczne to zbieranie znajomych, mikroblogging to zbieranie ciekawych źródeł treści. W tym właśnie leży problem - użytkownicy naszej klasy obudzili się, a na wycieraczce znaleźli dymiącą kupę bzdur z Ibiszem na czubku.

W moim przekonaniu, należałoby dodać po prostu czerwony link "Coś nowego" i zacząć wprowadzać nową funkcjonalność boczną furtką. Dać ludziom trochę czasu, żeby część z nich obwąchała prezent, a następnie przekazała reszcie, że spójrzcie co ja mogę! Chodździe tutaj, za krzywą uczenia jest naprawdę fajnie. Zaraz potem przenieść możliwość wrzucania zdjęć w śledziowy strumień (ś)wiadomości ,a ci z nawykiem kompulsywnego komentowania  zrobiliby już resztę.

wtorek, 15 września 2009


Jacek Gadzinowski na blogu ^momentum popełnił artykuł  „W poszukiwaniu nowego lub zaginionego wizerunku banków”.  W jakim kierunku, w obliczu jakże wymagających uwarunkowań rynkowych, stawiających przed bankami nowe wyzwania, należy iść.

Z punktu startu – całego w marmurach, mosiądzach i białych kołnierzykach – banki musiały pójść w kierunku, w którym może być już tylko gorzej. To znaczy do ludzi. W dawnych czasach, gdy ci zabiegali o atencję wielkiego pięknego banku  - można było sobie pozwolić na pozostanie w chłodnych i przyjemnych marmurach.  Teraz jednak zrobiły to, co musiały.  Zmieniły się, są kolorowe, milusie, ciepłe i serdeczne. Mniej więcej do momentu podpisania z nimi umowy. Nie mówię tu, czy chodzi mi o bank czerwony, gadzi-czerwony, zielony, czy zielono pomarańczowy. Banki nie mają dla mnie rozróżnialnej marki, chyba że… no właśnie. Markę negatywną. Różnice w kosztach korzystania z banku istnieją, ale są niewielkie. (Zapewne poza kredytami, ale tego nie posiadam). Jeśli bank zapada mi w pamięć, to nie poprzez reklamy ( a nawet jeśli, to co?  Bo mowa tu o dość znanymniek ”To spierdalaj”) i w miarę podobną ofertę , a poprzez wszystkie wydarzenia, o których sami zainteresowani woleliby zapomnieć.

Historie usłyszane od znajomych, historie przedstawione w sieci – podświadomie zapamiętuję dowody niekompetencji – bo jak wiadomo, ufaj i kontroluj. Idąc do banku, nie mam złudzeń, że zależy im na moich pieniądzach, a nie na mnie. Najchętniej wzięliby  moje pieniądze, a mnie zostawili na progu. Bank nie jest moim ziomem. Nieważne jak bardzo się stara. Portale społeczne, obecność niektórych banków w sferze microbloggingu – to tylko kolejny kanał komunikacji ,a komunikat „jesteśmy fajni” nie niesie dużo treści.

Z konferencji o microbloggingu w instytucjach finansowych najbardziej utkwił mi w pamięci bank „ten co wchłonął dominet”. Dlaczego?  Prezentujący może nie wykazywał się elokwencją, pomagał mu chyba nawet ich PRowiec – jednak najważniejsze było dla mnie to, czemu i jak skorzystali z Blipa (Jeden z wiodących serwisów microbloggingowych w Polsce). Chcieli informować o dostępności usług , postępie prac w czasie przejścia/połączenia systemów poszczególnych banków.  Jasny cel, zwięzłe komunikaty, odpowiednio wybrany środek komunikacji. Dinozaurowoczerwony bank, który również jest obecny na blipie – nie przemawia do mnie. Rzeczywiście, miło dowiedzieć się o nowych usługach, dopytać się – jednak współczynnik tego co mnie interesuje, do tego co tam się znajduje jest zbyt niski, żeby  się tym przejmować i ich śledzić.  Jeśli już - zawsze mogę wygooglać ( tu rzeczywiście warto wspomnieć – zapewne na pierwszej stronie znajdą się komuniaty z blipa – jednak nie zamierzam ich aktywnie śledzić) . Jeśli chcę natomiast skorzystać z BOKa mam przecież chat na stronie, mogę też zadzwonić.

Tu wkraczamy do części merytorycznej.  Sposób komunikacji z bankiem.  Jestem wiernym użytkownikiem banku zielonopomarańczowego. Trochę się co prawda puszczam z innymi, ale nie bez powodów. Czemu?  W czasach, gdy z pracy wychodzę o 19, załatwienie czegokolwiek w placówce otwartej do godziny 18stej stanowi problem. Strona internetowa jest prawie, że przystępna, jednak w momencie, gdy chcę zrobić coś innego niż przelew czy lokatę – jestem sprowadzany do parteru. Czasem do mnie zadzwonią, powiem co myślę – wierzę, że feedback jest potrzebny, tak samo jak kasa dziewczynie z telefonu Odnoszę jednak wrażenie, że banki mają swoją wizję i nie słuchają zbytnio potrzeb użytkowników. Podobnie jak z operatorem komórkowym – jeśli coś mi nie pasuje, to po prostu go zmieniam. Jeśli użyteczność operatora komórkowego w dużej mierze sprowadza się do jakości rozmów, Internetu i łatwości włączania i wyłączania usług (a reszta to zimna kalkulacja kosztów) -  to banki mają duże pole do popisu, na którym leżą i kwiczą – żaden się nie wyróżnia, więc po co podejmować ryzyko i generować koszty powiązane z przemianą?


W pełni jestem w stanie zrozumieć , że system bankowy, a nawet sama strona – to nie jest coś, co prosto/łatwo zmodyfikować. Procedury, procedury, i jeszcze raz kasa.  Rozumiem, że nie każdy bank z przyczyn nie tylko technicznych nie może sobie pozwolić na założenie użytkownikowi  n kont „od ręki”. Przez stronę, bez podpisywania.  Tak jak by się chciało, w sytuacji gdy nagle się tego potrzebuje.

Są jednak kwestie, którą warto poruszyć, bo nie sądzę, żeby  rozwiązania o których myślę, trudno było wdrożyć. Np. –nazywanie konta.  Prosta etykieta. Jak na razie tylko dinozaurowoczerwony bank ( z tych które poznałem) pozwala założyć konto i nazwać  je,  a przecież każdy przecież chciałby mieć pieniądze „Na urlop”.

Spora część moich wymagań wynika stąd, że staram się być świadomym konsumentem. Staram się również zarządzać swoimi finansami osobistymi, a co za tym idzie – to co było dobre 5-10-15-100 lat temu – może się nie dla mnie nie sprawdzać. W sytuacji, w której chcę mieć „koperty” (przecież ta koncepcja pamięta jeszcze czasy naszych rodziców!)  muszę założyć n kont osobistych. Co gorsza – nie mogę ustawić ich kolejności na stronie, a „co jest co” rozpoznawać muszę  po numerze konta – bo nie mogę nadać mu nazwy. Bo bank stawia przede mną setki wyzwań, które muszę obchodzić domowym sposobem. Gdyby w obrębie jednego konta można był tworzyć/usuwać „koperty”  czy jakkolwiek to nazwiemy – byłoby prościej.  Co gorsza jest to wierzchołek góry lodowej.

Coraz popularniejsze są przecież serwisy służące do zarządzania finansami – Buxfer,  Wasabe,  Quicken, Mint   (przypadek Minta jest tu dość ciekawy-  został niedawno wykupiony przez firmę posiadającą Quickena) ,a w Polsce również  zaczyna to raczkować Benefi , Kontomierz. Świadczy to o istniejącej potrzebie ze strony klientów.  Świadomych, racjonalnych, kierujących się nie reklamą, a realną oceną produktu - konsumentów.  Serwisy te  pozwalają kontrolować wydatki, planować, śledzić i  niekiedy dobierać odpowiednie produkty finansowe i … porównywać oferty kont w banku.  Niestety – integracja z tego typu usługami w naszym wypadku polega zazwyczaj na napisaniu screen-scrapera (programu który udając przeglądarkę internetową  wchodzi nas stronę banku) który pobierze plik wyciągu.  Pliki wyciągu również nie we wszystkich bankach posiadają przyjazny dla programów format. O dostępie dla zewnętrznych programów przez interfejs można tylko marzyć. Szczególnie ubolewać mogą tu małe firmy i sklepy internetowe, dla których integracja z bankiem byłaby pomocna – na razie jednak mogą tylko liczyć na rozwiązania oparte o mikropłatności, oferowane przez ecard.

Banki pozostały wciąż w epoce web1.0,  usilne kolorowanie, tworzenie „społeczności” , w porządku jeśli tak uważacie, jednak w dużej mierze wymaga to zmiany mentalności.  Pozyskiwanie klienta powinno odbywać się  poprzez zapewnienie mu nowej użyteczności i „zaspokojenie jego wyrafinowanych potrzeb” - bo jakże by inaczej. Chlubnym przykładem może być hiszpański bank BBVA który stworzył własny portal pozwalający użytkownikom na rzeczy o których nam się jeszcze nie śniło. W czasach gdy pytania w ankietach powinny brzmieć „ile godzin dziennie NIE spędzasz w sieci” – stronę internetową należy traktować jako podstawowy sposób dostępu do konta, a nie sposób o podstawowej funkcjonalności.

Nie tylko banki, w mojej opinii, a wszystkie instytucje które w sprzedaży swoich produktów bazowały w dużej mierze na marketingu powoli zaczynają mieć problem. Ich klienci, jak nigdy dotąd mają łatwo dostęp do oferty, do porównań ofert – bazowanie na ich niewiedzy jest coraz trudniejsze. Taki klient ma swoje pieniądze, ale również swoje  napędzające biznes ‘chcę’, odwieczne ‘wymagam’ i nieznane dotąd ‘szukam’.


Podsumowując :


-Marki banków zanikają i tracą na znaczeniu w czasach gdy łatwo porównać ich ofertę.

-To o co banki powinny dbać, to brak sytuacji które piętnują je negatywnie – nawet najlepsza oferta z ich strony przegra z brakiem zaufania klienta.

-Wykorzystanie nowych kanałów komunikacji wciąż zobowiązuje do przemyślenia komunikatów.

-Zmienia się wygląd, nie paradygmat.   Banki wciąż nie wykorzystują pełnego potencjału swoich portali.

-Wszystko to takie jednakowe, upstrzone problemami.

-Porównanie ofert jest coraz łatwiejsze, a wyniki tego obwieszczane są coraz głośniej.

-Co zaskakujące, klient to nie debil. Przynajmniej ten z pieniędzmi.

-Mieszkamy w Internecie, czemu więc banki nie przyjdą do nas, zamiast zapraszać do siebie?

piątek, 11 września 2009

"Podał sól

Zakochała się

Piątka dzieci

Żadne jego"

RaV

wtorek, 01 września 2009
wtorek, 25 sierpnia 2009



Artykuł opublikowany dziś przez panią Magdalenę Górak wywołał burzę w szklance wody.
Patrzę na niego z podziwiem, albowiem jest on zły na tak wiele sposobów. Pozwolę sobie założyć, że pani Magda nie jest osobą głupią.  Powiem więcej, biorąc pod uwagę jej stanowisko, jest to raczej łebska babka, która poczuła potrzebę wrzucenia bułki w wentylator. I co gorsza, ktoś tę bułkę będzie musiał jutro przełknąć. Rzecz jasna, co bardziej aktywna społeczność blipa, to ludzie równie łebscy: potrafią podchwycić konwencję i być przy tym bezwzględni, bo jak mówi przysłowie "uchodzić za idiotę w oczach debila - rozkosz dla smakosza". Blip zapełnił się więc zdjęciami pokarmów i opisami czynności wszelakich, a wszystkie zbożowe, a wszystkie banalne. Natomiast dziwnym trafem, te same osoby sporządziły komentarze całkiem trafne, merytoryczne - wnoszące do sprawy więcej niż sam artykuł.

Nie ukrywajmy - sam artykuł pisany jest z pozycji osoby, dla której Twitter i Blip to jedno ( przemilczę nawet użycie słowa ćwierkać , bo wytykać takie coś,to poniżej ptaka. pasa. cios. nieważne.), ale opisywanie blipa jako strumienia świadomości dla ubogich duchem, to przesada. Ja wiem, że wielcy mówią o ideach, ci średni o wydarzeniach, a maluczcy o innych - więc nawet nie chce wnikać kto mówi tylko o sobie - ale na Boga jedynego w wydaniu poprawionym - jeśli już merytorycznie schodzimy do parteru - to czemu w tych zapasach nie ma kisielu?

Gdybym chciał napisać o blipie, zastosowałbym metodę wielkich zdobywców i odkrywców - to znaczy - złapałbym tubylca i go przepytał na okoliczność. Tudzież niedawno jeszcze było lato i #pogodzinach i pięknie mówiono na nim raz za razem co to blip ido czego służy... było to nawet zbieżne z rzeczywistością.  Można nawet w celu zdobycia wiedzy tajemnej "o co chodzi" zastosować środek drastyczny i ostateczny ( dwa w jednym. takie co.) - poświęcić trochę swojego czasu, a w nim własnoręczne skorzystać z tej zadziwiającej wciąż agencje reklamowo/marketingowe usługi. Starczyłoby to zupełnie, aby wzbogacić artykuł w treść rozsądną.

Zatem nie o to tu chodziło. Pani Magda (w niektórych społecznościach internetowych znana również jako Pani Bułka) musiała mieć inny zamysł. Bycie ignorantem w tej dziedzinie, tylko wydaje się  łatwe. Jestem pewien, że były tu grane pot i łzy i cały sztab osób przez zaciśnięte zęby, nie mógł, nie chciał, cierpiał, ale pisał to wszystko. A pani Magda mówiła szybciej i szybciej. A oni, że to nie piekarnia. A pani Magda, że się jeszcze niewiarygodnie zdziwią.  Skoro media2.pl to miejsce raczej branżowe, nie sądzę, żeby cała ta sytuacja była powiązana z promocją jakiejś kampanii.  Raczej było to włączenie się nie w porę do trwającej od dłuższego czasu dyskusji na temat mikroblogów. I jak zdania nie zaczyna się od 'i', to do rozmowy nie włączamy się zaczynając od "bułka". Skoro jednak już zrobił się szum, to czy i ktoś na tym ucierpi? Marka firmy? (nota bene jeszcze nieobecnej na blipie) Osobista marka pani Magdy? Jak sama przecież pisze - zajmuje się biciem piany wokoło własnej firmy. Sadzę jednak, że gdyby była to akcja w ramach promocji mojej firmy - postarałbym się raczej, żeby wpis na tym poziomie umieściła osoba na stanowisku innym niż, niż PR Manager.  Może jakis Bullshit Presales? Bo zakładam, że jest to jednak przemyślane działanie, którego następstwem jutro będzie dalsze pchanie się firmy na Blipa, ze znanym na hasłem "Teraz Kurwa My" na ustach. Naprawdę, chciałbym, żeby tak było. Alternatywa jest jeszcze gorsza.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55