Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
poniedziałek, 28 sierpnia 2006

Akrobatyczna grupa incydentalna "panie, weź pan te renkie",złożona z najwyższej klasy pasażerów, w autobusie na trasie łazienkowskiej zaprezentowała występ na światowym poziomie wyczynów w komunikacji miejskiej.

 

     Z począku niemrawo i leniwie towarzystwo, jednak gdy tylko ścisk nie dawał już oddychać i co przystanek zmuszeni zostali wysiadać, zaprezentowali niezwykłe figury. Z łokciem w żebrach , z parasolem w oku, z kobietą w ciąży i na koniec facet pomykący po rurach jak małpka, bo inaczej do wyjścia nie zdąży.



Tak, lubię jazdę autobusem. Jeśli za lubię rozumiesz "mam ochote siekać tasakiem na lewo i prawo".
Zegar miarowo liczył sekundy między uderzeniami zegara, uparcie goniąc wskazówką wskazówkę. Czerwona, biagająca najszybciej, stwierdziła zgodnie z duchem uczelni, że ona to pierdoli , dość ma i rzuca to w cholerę, bo tempa nie wyrobi, a terminy gonią. Dwie czarne natychmiast stwierdziły, że jak nie ma się przed kim popisać, to po kiego wała będą się starać i jak tylko się spotkały poszły na piwo... czas wyznaczał tylko wyskakującyco kwadrans z malutkich drzwiczek zegara student. Wychodził przez nie, słaniając się przy tym na nogach , spoglądał na zegar i teatralnym gestem rzucał studia.
Poczucie humoru pań z dziekanatu było co najmniej wisielcze, ale rozglądając się dalej po pomieszczeniu - było wiadome - zegar był jego jedynym przejawem.


Całe pomieszczenie było raczej szare, natomiast barwa kwiatków była niepokojąca. Toksyczna zieleń, i wielki kły, świadczyły o tym, że te rosiczki nie tylko jadają muchy, ale i kotem nie pogardzą. Przynajmniej spiłowano im pazury i przyspawano doniczki do mebli, od czasu przykrego incydentu z pierwszoroczniakiem. Kto z kim przystaje, takimm się staje.Tak więc panie z dziekanatu, żyły w symbiozie z lokalną roślinnością, która to zapewniała im wizyty studentów tylko w ostateczności, natomiast roślinki zmierzały na koniec łańcucha pokarmowego z niepokojącą całe królestwo zwierząt prędkością. Żaden inny dziekanat nie mógł równać się z tym, co świadczyło o prestiżu uczelni.


W końcu drzwi się uchyliły, a z głębi pomieszczenia dało się słyszeć "wszedł", wypowiedziane tonem pasującym bardziej do co najmniej "zszedł" i białego kitla w szpitalu, bądź to "cieszę się, że mamusia nas dziś odwiedziła bez zapowiedzi" tuż przed niechybną rodzinną tragedią niedzielnego poranka.
Pokój był mroczny, wyposażony w niewielką ilośc mebli, wyliczając od strony wejścia, krzesła, biurka, fotela i osobnika w nim siedzącego. Osoba wyglądała na najstarszą z całego asortymentu i sprawiała wrażenie, że była tu jeszcze zanim wymyślono meble,a całą scenka jest martwą naturą.


Kamuflaż dziekana był doskonały, dla studenta pierwszego, drugiego, ba piątego roku, nieodróżnialny był on od urzędnika, który odesłałby ich precz smutnym oświadczeniem "dziekana niestety nie ma,proszę później". Taka sztuczka jednak, nie mogła się powieść z wytrawnym graczem akademickim, studentem roku z rzędu już siódmego.


Oschłe "Usiąść, proszę.", z "i nie przeszkadzać" w domyśle skierowało mój wzrok na wyrafinowane narzędzie tortur. Jak by się w pierwszej chwili wydawać mogło , mogło być to krzesło. Niebyle jakie jednak, obdrapane krzesło urzędowe, stanowiło jedne z największych osiągnięć w technice spławiania petentów. Już po pięciu minutach oczekiwania na takim krześle, kręgosłup zaczynał nerwowo zwijać się w trąbkę, próbując odsunąć się od tego szkaradztwa przerażony, wysyłając przy tym do mózgu komunikaty, które skutkowały zazwyczaj paniczną ucieczką poprzedzoną wybąknięciem do stemplującego coś urzędnika "to ja może, nie będę przeszkadzał, i później przyjdę". Jednym słowem, był to model najwyższej klasy, dostępny tylko dla biurokratów na światowym poziomie, najwyższym szczeblu, świadczący o prestiżu uczelni.


Dziekan, ubrany w tabaczkowy garnitur, był osobą niezwykle pewną siebie. Nie budził w nim nawet niepokoju fakt, że nie ma takiego koloru jak tabaczkowy. Taką pewność siebie, zapewniać mogła tylko świadomość, że nie ważne co się stanie, przed wyjściem z pracy równo o szesnastej powstrzymać go może tylko weekend. Wtedy bowiem na uczelni nie pojawiał się wcale. Niezwykle pewnie siebie, formułując zdanie proste pytające wycedził przez zęby "Pan w jakiej sprawie?", w sposób tak szczwany, że kropki ze znaków pojawił się dopiero na końcu, a znak zapytania utkwił między jedynkami.
Nie pozostawiało to wątpliwości w osobę wyżej wymienionego i ukazywało pełny profesjonalizm persony, godnej nie tylko swojego stanowiska, ale stanowisk wszystkich pań z dziekanatu, okienek, poczty i skarbówki razem wziętych. Konkurować mógł o każdej porze i z każdym spośród najlepszych z elitarnych oddziałów, wydziałów, podrozdziałów, mszałów, kordiałów zastępów rzeszy urzędniczej biurowo-papierniczej. Popijając przy tym kawę i czytając gazetę. Człowiek ten był perłą w koronie rektora uczelni i świadczył o jej prestiżu.


Już prawie zacząłem snuć ckliwą historię, o bezrobotnej rodzinie, którą właśnie odnalazłem i do której z grzeczności tylko i po długich namowach przemeldowałem się, tuż przed ostatecznym terminem złożenia podania o stypednium socjalne,co nastąpiło tylko poprzez zbieg okoliczności i proszę o pozytywne rozpatrzenie zdjęcia, czterech podań i wypełnionego formularza o stypendium, które mi się należy, bo ono socjalne, ja piję socjalnie, a na to pieniądze właśnie są potrzebne i argumentacja ta była niepobita,załączona do podań butelka niezbita, a dialektyka nieskażona logiką i oddawała ducha i chucha uczelni, który świadczył o jej prestiżu.
Zamiast tego, wzrok przykuły pływające w ławicy pod sufitem rybki. Jedynym co w takiej sytuacji mógł wydusić z siebie każdy szanujący się student, to oprócz "więcej nie piję (mniej w zasadzie też nie)", było , co następuje.


-"czy to..." -zaczęłem dukać - ryby?... wróć.to już wiemy. Dla zwiększenia napięcia dramatycznego sceny powtórzyłem:
-"czy to ..." i już chciałem dodać "normalne", gdy dziekan wykorzystał niczym bezwzględny morderca moment zawachania.

-Tak, w rzeczy samej. To zaoczni. - Wspólny temat rozmowy, zupełnie nie związany z jakąkolwiek pracą i wysiłkiem z jego strony, wywołał u niego dobrotliwy uśmiech.

-Ale czy oni....- ciekawość nie dawała mi spokoju.Z roku na rok było coraz bardziej interesująco, co do świeżego narybka uczelni, zwłaszcza po tych z 30% matury w 2006,ale jakoś sobie z nimi poradziliśmy ,a rosiczki rosły duże i zielone, co świadczyło prestiżu szkoły. Dziekan, nie pozwolił mi jednak wprowadzić was w zawiłości historii rekrutacji,a co dopiero dokończyć wypowiedzi, brutalnie bowiem przerwał tak piękną polszczyzną rozpoczęte zdanie.

-Płacą, mój drogi, to wystarczy.

- No tak... tego. - zacząłem przypominać sobie obdrapane ściany nowego miejsca zameldownia, aby historia bardziej chwytała za serce - wracając do mojej sprawy....

- Och nie teraz. Pana czas już minął.

- Przecież nawet.... .
Doświadczenie zdobyte w zawodzie pozwoliły dziekanowi usłyszeć wszystkie wymówki i inne słowa bądź wyrazy dźwiękonaśladowcze które dalej mogły paść, nie pozwolił więc marnować czasu, na mówienie czegoś, czego i tak się już domyślał i co domyślnie umieścił w miejscu gdzie światło nie dochodzi.

-Widzi pan tego unoszącego się pod sufitem?
Wskazał na rybkę wybladłą, z łuskami wytartymi na tyłku i wyłupiastymi nawet jak na rybie standardy oczami i wielkim garbie zamiast płetwy na grzbiecie. Ani chybi studenta informatyki.Student ten bardziej unosił się niż pływał, dająć świadectwo wątpliwej świeżości.

- On już nie zapłaci?
Zacząłem domyślać się.

- Właśnie mój drogi! - dziekana rozparła nieskrywana duma, że jednak studenci jego uczelni czasem myśleć potrafią, co zwiększało jej prestiż.
Dlatego nie możemy pozwolić czekać pozostałym.

Nie wytrzymałem. W końcu dłużej jestem tu studentem niż on dziekanem i trochę się już nauczyłem, co było niezamierzone, ale nie zabiło mojej naiwności.
- A czy uczelnia nie powinna przyjmować tylu studentów ilu jest w stanie zapewnić warunki?
- Och mój drogi. To nie jest tak... oni sami chcą.Oni lgną. Mamy prestiż.
- A oni płacą?
- Ano właśnie. To wystarczy.





niedziela, 27 sierpnia 2006
Książką za 19 złotych,
odcinam się od hołoty.
Warto, bo dentro.

a teraz mały cytat:


"Jego śmierć wywarła na moim życiu wielki uraz. Czułam się jak Judaszyca , albo Kmicic wpierwszym okresie. Wstrzymał mi się okres, mimo że miałam 5 lat, zaczęłam się jąkać, tracić włosy, apetyt i zaufanie rodziców. Odsuwali się ode mnie wszyscy znajomi , bo pożyczałam rzeczy i nie oddawałam, sprzedając je za bezcen na rynku. Przestałam się myć, pracować, chodzić do szkoły i odwiedzać babcię na Dzień Babci. Po roku ostrego grzania miałam już tylko pięć zębów, a w grudniu ubiegłego roku poszło się jebać kolejne siedem. A kiedyś miałam zębów od chuja. Ile ich jest , ten tylko się dowie, kto je stracił, bo wtedy da się je policzyć jak są wszystkie na zewnątrz i można je poukładać w kupki po pięć."
piątek, 25 sierpnia 2006



Nie ma co gadać
Byle do przodu

czwartek, 24 sierpnia 2006
I czasem, albo sie dobrze gra,
albo się gra, że jest dobrze,
ale zawsze, dobrze, że się gra.



Do wózka stojącego przed marketem, z którego rozlega się donośny płacz
zagląda przypadkowy przechodzień. :
- Cśiiiii, maleńki - próbuje uspokoić dzidziusia
- Spier*alaj - słyszy w odpowiedzi
- Cooooo ? - zdziwienie faceta sięga zenitu
- No co ? Nie rozumiesz ? Spier*alaj
W tym momencie wraca mamusia z zakupami. Facet informuje ją o dziwacznym
zachowaniu brzdąca :
- On jest taki nieufny do obcych - tłumaczy kobieta - Pan mu coś da na
początek.
Facet z kieszeni wyciąga landrynkę i wciska w malutką łapkę :
- Wiesz staruszku - słyszy reakcję na słodki podarunek z czeluści wózka -
Przepraszam......... Jakoś tak ch*jowo wyszło.....
poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Wiadrem wybierał z duszy
rzeczy gorzkie grzęskie a ciemne
W dal zabierały je żuki
tocząc żywot marny

/RaV/
"Persons under age 25 accounted for 14% of all suicides in 1999.

For young people 15-24 years old, suicide is the third leading cause of death, behind unintentional injury and homicide. In 1999, more teenagers and young adults died from suicide than from cancer, heart disease, AIDS, birth defects, stroke, and chronic lung disease combined."

"Osobami, kóre częściej popełniają samobójstwa są mężczyźni, jednakże w róznych społeczeństwach różne są proporcje dokonanych samobójstw u przedstawicieli obu płci."

" Opisując osobę z syndromem presuicydalnym (według E.Ringel'a) należy zwrócić uwagę na cechy, które występują w większości przypadków tj.:
1. zawężenie sytuacyjne,
2. zawężenie dynamiczne,
3. zawężenie stosunków społecznych,
4. zawężenie świata wartości,
5. napięcie i agresja,
6. fantazje samobójcze."

"lepsze udane samobójstwo niż marna kopulacja" (Roland Topor).



Najwięcej samobójstw popełnianych jest w poniedziałki.
Czy oczekujecie następnego wpisu z napięciem większym niż zwykle?









niedziela, 20 sierpnia 2006
W piątki wieczorem
siedzę samemu





środa, 16 sierpnia 2006
"Klawesyny!".Puzon zagrzmiał okrutnie. Broczył półnutami, cięty reformą w ramię. Pod naporem zmian ustrojowych nie miał dużych szans. Zarzucił drabinę przez ramię i poszukał raju podatkowego. Gdy tylko odpędził się od swiąt przestępnych, spadł na niego zastęp paragrafów.Te łamały się jednak jeden przez drugiego , a kapilatara coraz bardziej siniała. Luka prawna, jednak nie poddawała się, przeskoczyła wyłom w kodeksie i już prawie dostała się do nowelizacji, gdy zbrojny kontrabas wybuchł kakofonią dzwięków. Kodeksy cywilne schował się za samosądem- ten zaczął tworzyć coraz to kolejne instancje, bezskutecznie. Pisk nadlatujących czajników burzył ich spokój składowymi o najwyższych częstotliwościach. Nastąpił odwrót- puzon wydął wargi, wywalił bezsilnie wielką czerwoną latarnię. Wiedział, że już ich nie dogoni. Prawie im się udało, już trzymali w rękach instrumenty finansowe, już siadali okrakiem na grzebieniu, gotowi do zmiany toku postępowania. Wszyscy jednak padli od dźgnięć fletami - dopadli ich zabójcy. Oboje.


Gdy bezsensu coraz więcej, swoje dorzuć, pod konwencję.
 
1 , 2