Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog > Komentarze do wpisu

Relatywistyczna teoria żeglowania. Część III.

Nadchodził powoli czas obiadu. Znaczyło to ni mniej ni więcej, że należałoby w stanie nienaruszonym powrócić do portu. Tutaj , należy wtrącić małą dygresję. Kursy i wszystkie tego typu podobne czynności, mają na celu wdrożenie nawyku procedur, a jak wiemy - te są powtarzalne i zawsze wykonywane w ten sam sposób. Na podstawie tego czego byłem świadkiem i uczestnikiem, wnioskuję, że kolegę uczono :

Kolektywnej dyskusji, kto będzie wiosłował, z obowiązkowym elementem "dlaczego nie ja" , panicznego zrzucania ożaglowania, podejmowania decyzji na wyczucie - dopiero gdy poczuliśmy szuranie o dno, podnieśliśmy miecz .(zgadnijcie kto ? My RaV, król cum, pan na żaglach, władca olinowania i protektor burt) (miecz to takie wielkie metalowe coś pod łódką, zwiększające wyskokosć metacentryczną - a dokładniej obniżające środek ciężkości, co zapobiega dryfowi łódki.... czego nawet jeśli nie rozumiemy - to wiemy doskonale, bo właśnie przez to nas przez długi czas znosiło na początku wyprawy). Lecz nic to, zupełnie nic w porównaniu z próbą desantu. Nagle zahamowani przez miecz, bez żagli, resztką siły rozpędu, wspierani dzielnie przez dwie osoby u pagajów, nie rozpoznające kierunków, dobijamy do brzegu. Prawie. Desant RaV zeskoczył ma linę... w ręku, bo cuma się odczepiła. Sytuacja na tyle poważna, że sam kolega kapitan ruszył dupę, wstał i wręczył ster innej dupie. Decyzja była tak samo przemyślana jak trafna. Bo wyobraźmy sobie tak. Lódka bez cumy, zmierza do miejsca bez słupka cumowniczego, o czym dowiedzieć mają się zaraz, sternik i wiosłujący bez wyczucia kierunku (zgadnijcie, jak łódka pływa na wstecznym?) wszystko to okraszone "w to drugie lewo!" i z bezradnie stojącym kapitanem na środku. Wyobrażacie sobie? A ja to widziałem na własne oczy.

Udało się. Nie wnikajcie jak. (sceny zbyt brutalne by opisywać). Za to trzeba przyznać, że załoga okazała się być bardzo zgrana. Wszyscy nagle zeszli, znikli, pojawili się jeszcze inni znajomi i nagle na łódce zostałem sam z kapitanem, który jednak do mnie wrócił. Resztki przyzwoitości? Stawiam raczej na to, że przypomniał sobie, że żagla to raczej sam nie złożę. Bo resztę, to musiałem. Pzyszedł czas na poważną rozmowę , czyli gdzie jest jedzenie. Jedzenie jest tam, ale tu ktoś musi zostać. Rzecz jasna zaofiarował się kapitan, łypiąc okiem na jedną z damess, bo przecież sam nie zostanie. W ogóle świetny pomysł zostania przy łódce, nie chwaląc się, był mój. I nie tyle, z chęci wyswatania, co nie utracenia rzeczy (wypożyczonych i nie) z łódki. Taki ze mnie konswerwatysta i mieszczańska mentalność, że lubię mieć. Tuż przed odejściem na obiad, wywiązała się dyskusja (dwie osoby miały zamienić się z nowymi znajomymi), że może jednak łódkę oddać? - żeglarski talent kolegi, nie wzbudził zapału u nowoprzybyłych, z zupełnie niewiadomych przyczyn, rzecz jasna. Obiadu nawet nie opiszę, ( nie wiem wciąż kto był bardziej zdziwiony, że ktoś je w takim miejscu, my, czy obsługa), za to moment powrotu warty jest odnotowania. Podchodzę do łódki, a tam .... kolega? pełna załoga? Otóż nie! W przodowniczym duchu, zapadła decyzja że robimy 140% normy. Przy 5 kapokach, 7 osób. (łódka na 6). Parka gratis. Taka promocja. I nie ma, że nie. Kapitan wymyślił.

Scenariusz pływania był bardzo podobny - ledwowypłynięcie, wyprawa z pagejem po wiatr, chwila pływania, powrót i brzegobicie. Na uwagę zasługują Jeszcze Większe Przechyły ( i nie jest to kapela punkowa, jedyne próby śpiewania ,zapewne godowego, podejmował kolega za sterem, kalecząc niezmiernie szanty. ), czemu nie ma się dziwić - bo otrzymana parka , okazała się być dorodnymi lwami salonowymi, a te ważą. Samiczka leżała po jednej stronie miecza, samczyk po drugiej pełnił bardzo skomplikowaą funkcję, za to źle - znaczy miał po prostu mówić czy żagliel łopocze...o czym co jakiś czas, zapewne losowy, informował z durnym rechotem, że "żagiel łopota". Lwi Broda, czując konkurencję, od razu zaczął pokazywać jaki to on luzak, oraz stosował balastowanie nawisowe (czyli leżę na burcie i mi to zwisa) - jednak nie martwcie się. Oboje żyją. Etykieta żeglarska zabrania mordować współpływających, bo gorzej balastują (w tym przypadku mógłbym polemizować), a po wyrzuceniu zamulają zbiornik.

KONIEC CZĘŚĆI III

piątek, 11 maja 2007, elpanda

Polecane wpisy

  • Papa, pacynko.

    PRZEDMOWA Powieść pisana partiami. Pesymistyczna przyszłość pobliska - postindustrialne pejzaże - pewne państwo podziemne przeciwko przegniłemu porządkowi p

  • Relatywistyczna teoria żeglowania. Część I

    Dawno dawno temu, w szczęśliwych czasach majowego weekendu, gdy byłem jeszcze do przodu o kilka znajomości, chęci do życia i wiarę w ludzi, miałem sobotę. Sobot

  • Z kulturą, na T

    W piątki wieczorem siedzę samemu. W piątki wieczorem nawet jeśli cały tydzień udawało mi się oszukać przeznaczenie - i siedziałem wśród ludzi- to sztuki tej w p

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: